Zaznacz stronę

Nasze trzecie doświadczenie z wakacjami last minute nie do końca było pełne fajerwerków.
Ze względu na to, że była to nasza 9 rocznica ślubu chcieliśmy aby było to coś nowego i gdzieś, gdzie nas jeszcze nie było. Ponad to przez wzgląd na remonty w domu dość mocno ściskaliśmy fundusze. Więc dostaliśmy to, na co było nas stać.

Po przejrzeniu wielu ofert i rozrzucie od Grecji poprzez Hiszpanię aż po Bułgarię stanęło na Turcji. Dość daleko i dla nas totalnie dziewiczo. Jednego wieczora kupujemy wakacje a następnego wysiedamy na lotnisku w Antalyi na południu Turcji. Na jakikolwiek risercz mieliśmy tylko kilka godzin ale w biegu kupujemy przewodnik po Riwierze Tureckiej. Z lotniska jedziemy niecałą godzinę do naszego hotelu, który znajduje się w miejscowości Beldibi pomiędzy Antalyą a Kemer. Po przyjeździe na miejsce morale nam spadły bo miasteczko biedne, nic ciekawego ani ładnego tam nie ma. Plaża przynależąca do hotelu koszmarna a sam hotel, cóż, last minute! Jedyne co jest ładne to góry, które otaczały wioskę z każdej strony. Po moralnym pozbieraniu się z ziemi (może w Turcji właśnie tak jest?) ogarniamy się jakoś i wierzcie mi lub nie, dajemy radę poznać południową część Turcji, tak dobrze jak tylko było to możliwe.

Głębszy opis hotelu wygląda tak: Wszędzie biegają kury i, za przeproszeniem, srają też wszędzie łącznie z jadalnią i basenem. Koty też są wszędzie ale koty są super 😀 Hotel posiada 2 baseny całkiem spore i zjeżdżalnie, które są dość atrakcyjne i śmieszne. Niestety trudno jest o wolny leżak bo ludzie „rezerwują” je sobie ręcznikami. Interenet jest prawie zerowy, jakiś tam delikatny w lobby ale wciąż prawie nic. W recepcji rozmawiamy z panią turczynką, która jako jedyna coś mówiła po angielsku! Opowieda nam o ciekawych plażach, miasteczkach i atrakcjach! H’Alleluja! Chciemy wynająć rowery ale przestrzeżono nas, że jest bardzo niebezpiecznie na drogach i może lepiej nie. No to wynajmujemy samochód (kto był w Turcji ten pewnie sobie myśli, że albo jesteśmy głupi albo nienormalni). Wieczorami pijamy RAKI. Najbardziej typowy turecki trunek – dżin zmieszany z wodą, który przybiera barwę mętno-białą. Smakuje mocno anyżkowo – uwielbiam!

Dostajemy samochód na 4 dni. Jak się szybko orientujemy jest to totalny trup, a my dostaliśmy tylko zapasowy kluczyk zamiast oryginalnego. Nie możemy dostać się do bagażnika, w którym być może jest, albo i nie, koło zapasowe. Ale w schowku znajdujemy turystyczną mapę okolicznych gór! Bierzemy to jako znak-sygnał!

Jedziemy do Termessos i od razu strzał w dziesiątkę! Jesteśmy totalnie zaskoczeni że nie jest to pod wezwaniem UNESCO! Trochę zaczyna się nam podobać. Kamienne miasto położona na wysokości 1000 m npm w górach Taurus jest jednym z najlepiej zachowanych kamiennych miast w Turcji. Serpentynowy dojazd na parking zapowiada już coś ciekawego. Już wokół parkingu widać pozostałości miasta: cysterny, grobowce, fortyfikacje. Droga, która prowadzi do samego miasta zwana była Drogą Królów. Na samym końcu miasta znajduje się najciekawszy obiekt – amfiteatr położony nad gigantyczną przepaścią (trochę przypomina Machu Picchu). Widoczne cechy teatru rzymskiego z epoki hellenistycznej. Posiadał 24 rzędy siedzeń i był stanie zmieścić 4-5 tysięcy widzów! Pod sceną znajdowały się małe pomieszczenia najprawdopodobniej do przetrzymywania dzikich zwierząt. Na terenie miasta znajdował się mniejszy odeon mogący pomieścić do 600 osób. Wyłożony był wewnątrz mozaiką. Aktualnie dobrze zachowane mury wypełnione są gruzem, który uniemożliwia prace. Odnaleziono świątynie poświęcone Zeusowi oraz Artemidzie.

Mitycznym założycielem miasta był Bellerofont, w mitologii greckiej heros, królewicz koryncki, bohater Iliady Homera. Już w domu poczytałam i okazało się, że historia Termessos jest fascynująca! Mityczni mieszkańcy miasta miasta pochodzili z historycznej krainy Pizydii nazywali się Solymeuszami (Solymi). Nazwa ta miała pochodzić od Solymeusza, który stał się odpowiednikiem Zeusa (Zeus Solymeus) zwanym w Turcji Solim (mnóstwo imion, można się pogubić!). Po dziś dzień nazwisko Solim jest żywe w Turcji dając świadectwo zamierzchłemu dziedzictwu.

W 334 r p.n.e. Aleksander Wielki zakochał się w Termoessos i postanowił je podbić. W swoich zapiskach porównał Termessos do Gniazda Orła. Bardzo trafnie zresztą, gdyż całe miasteczko położone było na szczytach gór. Skoro zdobył wiele innych miejsc w Azji Mniejszej dlaczego nie miałby odtiknąć na swojej liście tak pięknego miasta. Niestety ze względu na trudno dostępne położenie plany Aleksandra spełzły na niczym i odpuścił… prawie, wyładował swoją złość na Sagalassos.

Diodorus historyk z 319r p.n.e. napisał: po śmierci Aleksandra Wielkiego jeden z jego generałów – Antygon I Jednooki ogłosił się królem Azji Mniejszej i rozpocząć wojnę z Alcetasem, pomniejszym generałem. Antygon posiadał ogromna armię składającą się z 40 000 piechoty, 7 000 kawalerii oraz wielu słoni. Nie będąc w stanie pokonać tak potężnych sił Alcetas i jego przyjaciele wybłagali schronienie w Teremessos. Po tym jak Antagonos dowiedział się, że Alcetas schronił się w Termessos i rozbił swoje siły u podnóża gór i czekał. Starszyzna miasta nie chciała dać się wciągnąć w nieswoją wojnę i postanowiła wydać Alcetasa wrogowi. Młodzi Termessanie sprzeciwili się tej decyzji i postanowili dotrzymać danego słowa. Mimo to starszyzna wysłała posła do Antagona z wiadomością o rychłym przekazaniu Alcetasa. Biedny Alcetas na wieść o zbliżającym się przekazaniu postanowił zniweczyć ich plany i popełnił samobójstwo. Jego ciało wydano Antagonosowi, który w ferworze złości mścił się na nim przez 3 dni a następnie porzucił niepogrzebane i odszedł. Młodzi mieszkańcy mocno przejęli się losem ciała Alcetasa i urządzili mu należyty pochówek oraz postawili upamiętniający pomnik.

W 85 r p.n.e. wybudowano druga część miasta Termessos na południowo – zachodniej części wzgórza. Dzięki wejściu w sojusz z Attallo II królem Pargamon postawiono potężną sale kolumnową (stoa).

Termessos zostało sojusznikiem Rzymu i od 71 r p.n.e. uzyskało niezależność. To wydarzenie zostało udokumentowane na monetach pochodzących z tamtego okresu. Zwano je autonomicznymi.

Zmierzch miasta wiąże się z trzęsieniem ziemi, które zniszczyło wiadukt, który zaopatrywał miasto w wodę. Rok opuszczenia miasta nie jest znany.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na późny lunch w Antalyi i w restauracji serwującej owoce morza zostaliśmy obsłużeni jak królowi. Trzech kelnerów donosiło nam potrawy jedna za drugą a co następna to pyszniejsza!

Jesteśmy zachwyceni tym miejsce. Prawie jako jedynie błądzimy po opuszczonych ścieżkach. Wokół nas jak klocki lego powalone leżą kolumny, ściany, i inne ozdobne elementy miasta. Wręcz namacalnie czuć, że było ono kiedyś potęgą. Widok ze szczytu amfiteatru robi piorunujące wrażenie! Przed nami rozpościera się widok na pradawną budowle na samym szczycie wzgórza z potężną przepaścią za sceną. Uczucia, kiedy stajemy na scenie, są równie silne! Można wyobrazić sobie co czuli aktorzy… jeśli byli to aktorzy. Grobowce i kolumny przechylają się w stronę ścieżki – mroczne odczucia. Juz wtedy mieszkańcy wykopali w ziemi potężne silosy, które służyły prawdopodobnie za spiżarnię lub więzienie. Oboje jesteśmy pod wrażenie tego co tutaj znajdujemy! Czujemy obecność dawnych mieszkańców. Cudownie byłoby się przenieść w czasie i zapoznać się z życiem ludzi tysiące lat przed nami.

Następnego dnia postanawiamy pojechać trochę dalej (jedynie 2 godziny w jedną stronę) i na własne oczy zobaczyć wyspę Kekova zwaną również zatopionym miastem, która jest znaną perełką w okolicy. Historia wyspy sama w sobie nie jest może zbyt imponująca, ale samo jej położenie robi wrażenie. Kekova była zamieszkiwana głównie w okresie letnim dla pozyskiwania drewna. Na północnej stronie wyspy znajdowało się znacznych rozmiarów miasto, które zostało zniszczone przez trzęsienie ziemi w 2 wieku ne, które zostało osbudowane i tętniło życiem w czasie istnienia imperium bizantyjskiego. Jego całkowity upadek nastąpił podczas częstych najazdów arabskich. Od 1990 roku wyspa i jej okolice objęte są szczególna ochroną i wszelkie formy aktywności (pływanie, nurkowanie czy wchodzenie na wyspę) wymagają zezwolenia. W ostatnich latach rząd lekko spuścił z tonu i zezwolił na pływanie w okolicy innych wysp archipelagu niestety poza Kekovą.

Jeszcze dobrze nie zaparkowaliśmy a już doskakuje do nas miła pani, która oczywiście ni w ząb po angielsku ale prowadzi nas do małej łodzi i bez większych ceregieli oznajmia, że płyniemy na Kekova! No tak ale co, jak i za ile? I na ile? Coś tam jakoś się dogadujemy i sekundę później zadowoleni siedzimy na przodzie małej łodzi, napawając nasze oczy przecudnymi widokami, pijąc kawę po turecku w mikroskopijnych filiżankach (jednocześnie walcząc z falami) i czujemy się jak królowie świata. W międzyczasie pani próbuje sprzedać nam ręcznie robione wisiorki, przewieszki, bransoletki, pancza i przewiewne koszulki. Wiemy, że dla nich każdy pieniądz się liczy, a nam te pierdółki w ogólne nie są do szczęścia potrzebne ale koniec końców kupujemy co nieco. Mąż pani to taki typowy wilk morski, nie uśmiecha się (poza jednym momentem), pali papierosa jeden za drugim i widać, że ma nas totalnie gdzieś. Najpierw wpływamy do małej jaskini w której jest niesamowite echo, a potem pomiędzy małe zatoczki jednej z wysp, gdzie zacumowane były inne stateczki, niektóre wyglądają jak prawdziwe statki pirackie! W międzyczasie mamy okazje zobaczyć ruiny miasta na zboczu Kekovej. Kiedyś musiała być to potężnych rozmiarów metropolia! Budowniczowie starali się wykorzystać istniejące potężne skały i wygładzali ich bok przekształcając je w ścianę domu. Pozostało wiele fundamentów, schodów, kamiennych łuków i zarysów ulic. Po wpłynięciu pomiędzy wyspy mamy czas na kąpiel w ciepłej, lazurowej wodzie. Oglądamy podwodny świat przyczepiony do potężnych głazów. Następnie udajemy na wyspę Kalekoy – cumujemy przy restauracjach i uraczamy się przepyszna rybą Kuzu, złowioną tego samego dnia i lokalnym piwkiem. W czasie drogi powrotnej możemy możliwość ponownego wejścia do wody ale jesteśmy tak przejedzeni, że odmawiamy! Tak więc pan wilk morki kieruje naszą łódź do portu i co robi? Płynie po największych falach myśląc, że jest to bardzo zabawne, a nami targa jak jakimiś szmacianymi lalkami. Nikt z nas nie ma choroby morskiej ale takie fruwanie było całkiem niemiłe! I właśnie wtedy był ten moment kiedy wilk morski się uśmiechnął! Super! Cali i nieutopieni dopływamy do portu gdzie w wodzie widzimy wielkie żółwie!

Przygoda z wyspą Kekova kończy się zaraz po południu więc stwierdzamy, że mamy jeszcze trochę czasu więc dlaczego nie pojechać 90 kilometrów dalej i zwiedzić Ksanthos, pradawne miasto objęte prawami UNESCO. Po drodze łapie nas absolutnie potężna burza! Już z daleka widzieliśmy co nas czeka. Czujemy się jakbyśmy wjeżdżali w inny wymiar. Roni się ciemno, ściana deszczu wali o szyby, wycieraczki nie nadążają zbierać wodę a pioruny walą wokół raz za razem. Było to dość mocno przerażające doświadczenie. Na szczęście udaje się nam dojechać do celu a tam? Taka trochę kiszka. Wejście odpłatne, tablice informacyjne zjedzone przez czas, zero objaśnień, kierunków, ścieżek. Oglądamy stary grobowiec, tony zniszczonych kolumn i kamieni. Obchodzimy wokół wzgórze, które jest usiane grobowcami wykutymi w skałach. Największą atrakcją cieszą się dzikie żółwie! Niestety nigdzie nie ma dobrze wytyczonej ścieżki i kilka razy musimy przedzierać się przez kujące zarośla. Widok ze szczytu jest całkiem ok. W okresie rozkwitu archeologii wiele bogatych nacji przyjechało i ukradło co ciekawsze, zostawiając resztki dla Turcji. Dziś większość z tych rzeczy można podziwiać w Londynie, Berlinie i Oksfordzie.

Historia: Xantos był starożytną stolicą Licji. Pierwsza wzmianka o mieście pojawiła się w Iliadzie Homera, następne w greckich i rzymskich dziełach. Jednak pierwsza wzmianka kronikarska pochodzi z 540 r p.n.e. z zapisów Appiana z Aleksandrii oraz Herodota z Halikarnasu, którzy opisali najazd Xantos przez Harpagusa. Dumni mieszkańcy miasta nie chcieli się poddać. W akcie złości zniszczyli własny akropolis, zabili kobiety, dzieci oraz niewolników i przypuścili samobójczy atak na potężną armię Harpagusa. Poza 80 rodzinami, które w tym czasie przebywały poza miastem, zginęli wszyscy mieszkańcu Xantos. W czasie perskiej okupacji miasto posiadało własne monety. Przez lata przechodziło z rąk do rąk co głównie przyczyniło się do jego upadku.

Na terenie Xantos znajdowało się wiele grobowców płytowych, w tym okazały pomnik Nereid (część elewacji znajduje się w British Museum w Londynie). Miasto przez pewien czas należało do Aleksandra Wielkiego po jego śmierci przeszło w ręce Antiocha III, po nim Rodyjczyków, Rzymian i Bizantyjczyków.

Od XIX w Xanthos jest mekką dla studentów archeologii i od tego czasu znaleziono tutaj wiele ważnych artefaktów w tym grobowce Nereid oraz Payava, które również znajdują się w British Museum w Londynie. Pomnik Harpii pozostaje na terenie Xantos. Odkryto tutaj wiele tekstów w języku licyjskim i grecki. Odnaleziono obelisk z Xantain, resztki akropolu, murów obronnych, portyków, teatru i rzymskiej agory oraz wiele inskrypcji w języku licyjskim z VI-IV wieku p.n.e., m.in. kolumnę z najdłuższym tekstem zachowanym w tym języku, wystawioną z okazji zwycięstwa nad Ateńczykami. UNESCO opiekuje się obiektem od 1988.

W drodze powrotnej wjechaliśmy do Kas (wymowa Kasz) niewielkiej ale za to bardzo znanej miejscowości. Założona przed wiekami przez Lycjan dziś słynie z tysiąca restauracji, restauracyjek, hoteli, sklepów, sklepików, galerii sztuki, ogromnego portu i wszystkiego, co tylko można sobie wymyślić. Szybki rozwój miasteczka nastąpił w latach 90tych XX wieku, kiedy to turyści głównie z Niemiec i Anglii zaczęli spędzać tutaj wakacje. Niestety szybka rozbudowa miasta pociągnęła za sobą częste omijanie prawa. Budynki (głównie hotele) stawiane są gdzie popadnie, bez odpowiednich licencji, co ma kolosalny wpływ na krajobraz i środowisko. My widzieliśmy Kas tylko nocą i wydaje się, że to miasto nigdy nie śpi! Zjadamy przepyszną kolację i włóczymy się trochę stromymi uliczkami zaglądając co rusz to do innego sklepu. Zaraz po wyjechaniu z miasta mamy śmieszną przygodę z tutejsza policją, ale po tym jak okazuje się, że nie jesteśmy Rosjanami tylko Polakami jedziemy wolno do hotelu.

Wyruszamy do Antalya (które jest miastem partnerskim Bytomia!) głównie w poszukiwaniu mapy gór. Tracimy tam mnóstwo czasu na znalezienie księgarni, a kiedy w końcu się udaje to okazuje się, żepani sprzedająca nie mówi po angielsku nic a nic i do tego nie jest zainteresowana jakąkolwiek interakcją z cudzoziemcami. Postanawiamy znaleźć centrum informacji turystycznej. Tutaj jest jeszcze lepiej. Przemaszerowujemy główną ulicę kilka razy ale nigdzie nie ma info! Nawet zaczepieni ludzie nie mają pojęcia o co nam chodzi (sic!). Szybkie wrażenia z miasta? Duże! Są tam tramwaje! Centrum jest bardzo ładne i na pewno jest tam mnóstwo do zobaczenia, ale to nie było naszym celem, więc poza bramą cesarza Hadriana nie widzieliśmy nic więcej.

Po wyjeździe z Antayi udajemy się na plażę o nazwie „Full Moon Beach” w Side. Spędzamy tam cudowne popołudnie. Plaża znajduje się z daleka od budynków, otoczona wydmami, z gorącym piaskiem i ciepłą wodą. Wylegujemy się, wygrzewamy i pływamy. W plażowej jadłodajni zjadamy omleta (lekko ścięte jajka z dużą ilością pomidorów i papryki), który może nie wygląda ale smakuje 😀 Kilka kilometrów od tego miejsca na plaży stoją ruiny świątyni Ateny ale już nie mamy siłki.

Kolejnego dnia jest czas na góry! Od samego początku planowałam wejść na Olympos (Tahtalı Dağı, góra bogów, Licyjski Olimp), który znajduje się całkiem niedaleko naszego hotelu. Chcemy wyjechać bardzo wcześnie ale nocą w pokoju było okropnie gorąco poza tym sąsiedzi przeszkadzali rozmawiając do późna. Ale koniec końców wybieramy się do małej miejscowości Beycik, gdzie spotykamy niemiecką parę i chwilę z nimi tuptamy. Początkowo droga biegnie lasem, tam trochę się gubimy i włazimy do czyjegoś gospodarstwa pełnego kóz, krów i jednego pies. Po chwili błądzenia odnajdujemy właściwą ścieżkę i maszerujemy w górę. Okropnie ciężko mi się idzie. Oddech gdzieś ucieka, nogi ciężkie, wszystko mnie wkurza. Nawet te góry!

W międzyczasie spotykamy dwie Rosjanki, które robią Lycjan Way (wg Sunday Times jest to jedna z dziesięciu najpiękniejszych tras długodystansowych na świecie) 509 km z Fethiye do Antalyi – górami! Oczywiście to już jest wpisane na naszą listę rzeczy do zrobienia (jeśli nie w tym życiu, to w następnym). Tuż ponad lasem trasy się rozchodzą i ta prowadząca na szczyt wyglądała dokładnie jak ta na Ben Nevis w Szkocji! Zygzakowata i zamglona. W sumie to mamy idealny dzień na takie wyjście. Od tego miejsca wstępuje we mnie energia (chyba właśnie przez ten widok!) i dużo szybciej wspinam się pod górę. A na trasie pojawiają się już tylko głazy, kamienie i szutr (tak zwana droga przez pot i łzy, ale trochę za krótka na takie przeżycia). Widoki przecudne! Chmury przewa się ponad graniami a wiatr niemiłosiernie je targa! Z drugiej strony góry na szczyt wyjeżdża kolejka gondolowa (tak, my szliśmy na pieszo), można by rzec, wprost do restauracji. Najpierw ribomy sobie kilka pamiątkowych zdjęć na okrutnie zimnym wietrze, a potem niechcący stajemy się nie lada atrakcją dnia, bo prawieże goli (według lokalsów, a według nas to całkiem przyzwoicie w lajkrowych strojach biegowych) wbiegamy do środka. A tutaj kobiety pozasłaniane od stóp do głów! Ups! Cóż, życie. Czując ciekawskie spojrzenia na naszych spoconych plecach (i zamarzniętych nogach) wciągamy największego na świecie czekoladowego mufina na ciepło i wypijamy cole, bo wiadomo w górach smakuje najlepiej i fruuu lecimy z powrotem.

Po tym jak już weszliśmy w strefę lasu, lokalsowe małżeństwo, które buduje małą restauracyjkę zaprasza nas na pieczone skrzydełka kurczaka! Przepyszne! Okazuje się, że ta długa trasa przez góry jest całkiem znana!

W drodze powrotnej zjadamy wczesny obiad w restauracji na wodzie. Udaje mnie nam znaleźć naprawdę fajne miejsce! Z daleka od szumu samochodów, każdy ma swoje miejsce na rzecze, siedzimy na bardzo niskich pufach no i jedzenie! Jak zwykle pyszne i dużo za dużo! Bardzo się tam rozleniwiamy!

Kolejne 2 dni spędzamy na malutkiej plaży (Çöplük koyu), do której droga prowadzi przez nieczynny tunel. Całość jest otoczona przez wysokie klify. Woda jest w Turcji wszędzie cudownie ciepła. tam skały, na które można się wspinać i mała jaskinia z fajnym echem. Bardzo przyjemne miejsce. Miły akcent na zakończenie naszej przygody z Turcją.

Plusy:

* świeżo wyciśnięty (na naszych oczach) sok z granatu – przepyszne! To że wszyscy piją z tej samej szklanki nie ma znaczenia

*koty są wszędzie! Ale nie zawsze dają się głaskać.

Minusy:

Zauważyłam że w rozmowach kobieta jest ignorowana. Jeśli rozmawiają mężczyźni to się im nie przerywa.

Parkują motory na największych zakrętach i gadają, drogi są z gumy więc wyprzedzania na 3 lub 4 nie jest niczym złym, jeżdżenie rowerem po poboczu drogi ekspresowej lub autostrady jest ok.

Pin It on Pinterest

Share This