Ostatni miesiąc obfitował w biegi, ćwiczenia, wspólne motywowanie się oraz łamanie barier i wychodzenie poza strefy komfortu. Pierwszy tydzień trzeciego miesiąca rozpoczął się moimi czterema dyżurami nocnymi! Ogólnie fatalnie. Ale cóż mogłam zrobić. Zagryźć zęby i do przodu. Pomimo zmęczenia ćwiczyłam pilates z Monicą Schuller i pobiegałam okrążenia w płaskim parku. Natomiast w weekend wraz z Ewą, Blancą, Davidem i Petem zrobiliśmy 17km w 2h36min i podbiegliśmy 280 m. Coraz ciężej jest mi wymyślać biegi w samym Shotover. Cała grupa jest zachwycona, ale przez to, że my biegamy tam od kilku lat, zaczyna być to już nudne. Każdy kamień, korzeń i kałuża są nam tak znane jak własna kieszeń. Ale nic to. Jest zadanie, trzeba wykonać.

Następny tydzień był całkiem miło zapełniony ćwiczeniami i bieganiem. Niestety często bolały mnie plecy podczas biegania. Nie wspominałam o tym nikomu no bo jak to? Ja? Nie ma opcji. Tak więc była Jillian Michaels z brzuchem, dwa krótkie biegi jeden w Shotover a drugi w parku na Headingtonie. Natomiast długie, weekendowe wybieganie było prawdziwym challengem dla nas wszystkich. 22 kilometry poprowadziłam tak, aby jak najszybciej uciec z Shotover. Wiedziałam, że ludzie będą narzekać i może nawet próbować wrócić do domu, ale przez to, że nikt nie wiedział gdzie jesteśmy jedyną opcją było biec dalej 😀 Sprytnie, seseesese! Stałą już bandą: Carmen, Blanca, David, Javi, Ewa i Pete wyruszyliśmy z parkingu przez łąki w Wheatley następnie przez centrum pod górę do farmy pełnej małych, słodkich cielaków. Stąd trasa prowadziła miłymi ścieżkami do Cuddesdon. Bokiem ominęliśmy Denton i zaczęliśmy robić potężny podbieg (całe 60 metrów przewyższenia!). Na szczęście widoki były miłe dla oka i koiły zbolałe nogi. Tutaj mieliśmy kawałek mocno samochodowej Wheatley Road w stronę Garsington. To był najmniej przyjemny moment bo kierowcy mało zwracali na nas uwagę, łotry! Po opuszczeniu drogi znów weszliśmy na łąki i pola, gdzie błoto przyklejało się do podeszew i mieliśmy wrażenie, że mamy na nogach buty ołowiane. Koszmarnie już obłoceni dotarliśmy do Horspath skąd rozpościerał się przepiękny widok na Shotover z drugiej strony wzgórza. Przez cały czas mówiłam wszystkim, że jak tylko dobiegniemy do Shotover to nie będzie już żadnych podbiegów. Kłamałam… ale to tyle dla ich dobra 😀 Na koniec zrobiliśmy 80 metrowy podbieg tak dla zabicia nóg i uzmysłowienia sobie, że za tydzień będzie tylko gorzej, dużo gorzej… Na szczęście okazało się, że cała grupa była zachwycona trasą i pomimo zmęczenia gratulowali sobie przebiegnięcia nieoficjalnego półmaratonu! Chyba się przekwalifikuję 😀 22km, 3h20min, 320 m podbiegów.

Ostatni tydzień był wypełniony pilatesem MTV oraz Monicą oraz jednym biegiem w Shotover. Zewsząd miałam doniesienia o pseudobiegunkach, bólach brzucha, nudnościach, problemach ze snem. Generalnie, normalka. Witamy w świecie biegów przełajowych 😀