Nadejszła wielkopomna chwila i stanęliśmy na starcie naszego drugiego maratonu w życiu. Tym razem był to Stroud Marathon, którego trasa biegła w magicznym Cotswold. Naszym biegiem docelowym w tym roku jest Dry Stone Route czyli 140 górskich kilometrów na Majorce, tak więc ten bieg traktujemy tylko, albo i aż, jako jeden z treningów.

I wszystko zaczęło się pięknie, czuliśmy, że jesteśmy zdecydowanie lepiej przygotowani do tego maratonu niż do zeszłorocznego. Prognozy pogody wskazywały, że będzie totalny upał. Gdyby to był nasz dzień wolny to byłaby to cudowna odmiana po zimnej i długiej wiośnie ale akurat tego dnia nie były to najlepsze wieści.

Pobudkę zarządziliśmy sobie o 5:30, zjedliśmy śniadanie mistrzów czyli jajecznica z bananem, pieczarkami, szynką i wyjazd o 6:40. Na bieg zabraliśmy po litrze wody w bukłakach, po 4 żele energetyczne, jeden żel z kofeiną na finisz, małe torebki z suszonymi owocami i po małej butelce napoju energetycznego na bazie wody kokosowej, które zostały wysłane na końcowe stacje. Kiedy dojechaliśmy do Stroud Aneta i Richard byli już na miejscu. Odebraliśmy numerki, przygotowaliśmy plecaki i byliśmy gotowi do biegu.  A tym czasem zaczęło całkiem porządnie lać i zrobiło się całkiem przyjemnie. Czyżby zapowiadany upał miał nas jednak ominąć?

Bieg zaczynał i kończył się w centrum Stroud, które jest typowo cotswoldowym miasteczkiem z mnóstwem piaskowcowych domów. Sygnał START i ruszyliśmy. Trasa początkowo okrążała zabytkowe centrum miasta po czym pobiegliśmy wzdłuż nowo odrestaurowanych ścieżek wzdłuż Tamizy i rzeki Severn. W tym roku trasa została zmieniona na przyjemniejszą pod względem widokowym i ścieżkowym. Mimo, że nie wbiegaliśmy na Rodborough Common to i tak czekał nas 140-metrowy podbieg przez las do Minchinhampton Common, gdzie domu stoją na samym skraju zbocza a z ich podwórek roztacza się widok na całą dolinę Severn.

Następnie był prawieże pionowy zbieg do Bourne skąd przez kolejne 10 kilometrów biegliśmy w dolinie Toadsmoor i omijaliśmy wszelkie wioski i miasteczka przy czym trasa dla naszej przyjemności pięła się nieubłaganie w górę. W ten sposób przemierzyliśmy kilka lasów, obiegliśmy dwa jeziora i po pokonaniu kolejnego 150metrowego podbiegu zbiegliśmy z powrotem do Stroud, gdzie trasa maratonu łączyła się z trasą półmaratonu. Od tego momentu rozpoczął się 6 kilometrowy odcinek wzdłuż rzeki. Niestety oznaczenia trasy były dość kiepskie i nie do końca byliśmy pewnie czy nie przeoczyliśmy jakiegoś odbicie po drodze. Do tego wszystkiego mój żołądek odmówił posłuszeństwa i był wielki paw (a nawet dwa) dzięki czemu straciłam całe śniadania i wypite wcześniej żele. Martwiło mnie to wszystko bo deszcz przestał padać, zrobiło się gorąco a mój organizm z jakiegoś powodu się buntował.

Ale postanowiłam sobie, że przebiegnę ten maraton bez względu na okoliczności, więc nie było wyjścia, jak tylko ścisnąć tyłek i biec do przodu. Oczywiście Marcin, ostoja spokoju, truchtał sobie spokojnie obok i pewnie martwił się o mnie, ale ignorował dziwne wydawane przeze mnie odgłosy.

Tym czasem trasa odbiła w stronę Middleyard i znów biegliśmy przez łąki i pola w palącym słońcu, gdzie nastąpił spektakularny paw nr 2. W ten sposób wbiegliśmy na sam szczyt Selsley Common, jedyne 180 metrów, ale przy wcześniej rzeczonych okolicznościach był to nie lada wyczyn. Po obiegnięciu kamienia z tablicą informacyjną pobiegliśmy w dół. Oczywiście widoki były nie-do-opisania i nawet udało się zrobić kilka zdjęć. Zbiegliśmy do South Woodchester. Trasa biegła bardzo stromą drogą, gdzie przy każdym kroku mięśnie brzucha krzyczały, bolały i dostawały skurczy.

Gdzieś pomiędzy 37 i 38 kilometrem nastąpił paw nr 3 i wtedy okazało się, że nasz maraton to w sumie jest ultra bo liczy ponad 43 kilometry! Cóż za wspaniała zachęta do dalszej walki!

I w ten sposób, krok za krokiem, wróciliśmy do Stroud i przebiegliśmy linię mety. Wręczono nam medale, goodies bags i galony wody. Łezki się w oku zakręciły bo nie udało się nam pobić czasu sprzed roku ale przy panującym upale i kilku pawiach to był naprawdę wyczyn wart medalu ze złota. Potem była już tylko podróż do domu, prysznic i świętowanie z sąsiadami 🙂

Po tym jak już ochłonęłam i przestałam skomleć, że mogło być lepiej uznałam ten bieg za bardzo udany. Amen.

Czas 6 godz 22min. Łączna suma podbiegów: 655 metrów.