Dawno, dawno temu żyła sobie na świecie on i ona. Planując swój ślub wpadli na totalnie szalony pomysł i postanowili zabrać jednych i drugich rodziców na swój własny miesiąc miodowy (powtarzam WŁASNY!)! Zaraz po ceremonii zaślubin spakowali walizy i pojechali, wielką grupę, na podbój wyspy Lanzarote, jednej z wysp kanaryjskich. A było tam co podbijać…

Pisze ten tekst po 8 latach i w sumie jestem zaskoczona tym, jak dużo pamiętam. I wcale nie chodzi tutaj o ilość wypitego alkoholu, ale o ilość odwiedzonych atrakcji, plaż i jadłodajni. Miesiąc miodowy pod czujnym okiem naszych rodziców mocno wrył mi się w pamięć, hahhaaa.

Na wyspie spędziliśmy 9 dni, które staraliśmy się równomiernie podzielić na smażenie na plaży i zwiedzanie. Wrześniowe słońce ciągle dawało nieźle popalić i były dni kiedy uciekaliśmy do klimatyzowanych pokoi hotelowych. Nasz hotel znajdował się w Costa Teguise, gdzie w niedalekiej odległości znajdują się Playa las Cucharas oraz Playa de los Charcos.

Aby zadowolić wszystkich wybraliśmy opcję all inclusive, więc każdy miał wszystkiego do woli. Zaraz po przyjeździe wypożyczyliśmy samochód i zaczęliśmy zwiedzanie. Wywnioskowaliśmy, że rodzice nasi kochani rządni byli przygód (a jeśli nie to dobrze udawali), więc lista miejsc wartych odwiedzenia była długa.

Co do suchych faktów to Lanzarote jest jedną z 7 głównych wysp archipelagu wysp Kanaryjskich, zaliczana do Makaronezji (zakochałam się w tym słowie od początku – brzmi jak z podróży Pana Kleksa). Często nazywana wyspą wulkaniczną a ostatnia erupcja miała miejsce w 1824 roku. Główne źródło dochodów to rolnictwo, rybołówstwo, turystyka i przemysł winiarski. Klimat wyspy określany jest mianem wczesnej wiosny czyli miło i przyjemnie pomiędzy 18 st zimą – 24 st latem.

Listę atrakcji ułożyłam względem ilości ochów i achów. Te na samej górze były za-ochy-ane, a te na końcu niedo-ochy-ane 😀

Ogród kaktusiany. W Guatiza znajduje się stary kamieniołom wewnątrz którego stworzono przepiękny ogród z 10 tys roślin należących do 1,5 tys gatunków. Jest to istny raj dla miłośników kaktusowatych! Spotkać można tutaj potężne drzewa najeżone długimi na kilka centymetrów igłami, kolczaste krzewy i krzaki, ogromne fotele teściowej (cieszące się chyba największą popularnością wśród turystów), kaktusy w kształcie fallusów dużych i małych (równie często obfotografowywane, tutaj częściej przez panie) oraz wszelkiej maści, kształtu i koloru inne kolczaste sukulenty.

Volcan de la Corona 609m npm. Takiej atrakcji na naszej liście nie mogło zabraknąć! Samochód zostawiliśmy w bardzo małej wiosce Yé, w której znajduje się tylko kościół otoczony plantacjami winogron (nawet całkiem smacznych). Pięciokilometrowa trasa nie jest trudna i łatwo ją pokonać w 2 godziny w obie strony. Dobrze wydeptana, wyschnięta ścieżka prowadziła pomiędzy niewielkimi, czarnymi, kamiennymi murkami, na których wygrzewały się jaszczurki. Uwaga, nie ma oznaczeń, że zbliżacie się do brzegu wulkanu. Można się nieźle zaskoczyć stając nagle nad potężną dziurą w ziemi! Marcin twierdzi, że pamięta zapach spalenizny, ja niestety nie. Łatwo się domyślić co stało się później. Wraz z Marcinem i jego tatą popędziliśmy prawie że pionową ścieżką na samo dno wulkanu! Pod naszymi stopami osuwały się rozkruszone kawałeczki żwiru, które powodowały, że częściej jechaliśmy na tyłkach niż byliśmy utrzymać się na nogach. Dno wulkanu wysypane było potężnymi blokami skalnymi, które z krawędzi wulkanu wyglądały jak małe kamyczki. Było to wyjątkowe i niesamowite przeżycie! Po nacieszeniu się pobytem na dnie wulkanu musieliśmy wdrapać się tą samą drogą z powrotem na górę, a to okazało się być jeszcze trudniejsze niż zejście.

Mirador del Rio 480m npm. Dawne stanowisko artyleryjskie zostało przekształcone w 1973 roku w punkt widokowy zawieszony między niebem z ziemią. Po przejściu przez budkę strażniczą zostaje się wchłoniętym (dosłownie) przez potężną panoramę. Widok jest naprawdę wyjątkowy. Ponoć jest to najpiękniejsze miejsce na całej wyspie. Lazurowe wody przesmyku El Rio i rozsiane tu i ówdzie wysepki kolejnego archipelagu tworzą przepiękny melanż kolorów. Dla tych co nie chcą płacić za wstęp, po lewej stronie głównego wejścia znajduje się potężne urwisko z niewielkim murkiem chroniącym przez upadkiem. Darmowy widok jest równie piękny jak ten płatny. Uwaga na silne wiatry!

Cueva de los Verdes. Podziemne tunele wyżłobione przez strumienie gorącej lawy, które przeciskały się tędy w czasie erupcji wulkanu la Corona. Kolejka do wejścia była zatrważająco długa i odbierała chęci wejścia do środka ale potem było już tylko lepiej! Spacerowaliśmy tunelami o gładkich ścianach z zastygłej lawy, finezyjnych labiryntach pełnych niespodzianek (wewnętrzne jeziorka zamieszkałe przez białe kraby, nacieki lawowe zamiast stalaktytów czy wrażenie przepaści podczas patrzenia w lustro wody oraz sala koncertowa z doskonałą akustyką). Niestety nie było angielskiego przewodnika więc słuchaliśmy opowieści po hiszpańsku… niewiele zrozumieliśmy…

Park Narodowy Timanfaya. „Pierwszego września 1730 roku między 9 a 10 wieczorem zmienia nagle się otworzyła… Z jej wnętrza wynurzyła się potężna góra, z której szczytu wydobywały się płomienie” – tak w swoim pamiętniku, Andres Lorenzo Curbelo – ksiądz z miasteczka Yaiza, opisał pierwsze dni najpotężniejszych erupcji wulkanicznych na Lanzarote. Potem przez kolejne 6 lat 25 wulkanów nieustannie toczyło lawę niszcząc pola uprawne i zmuszając mieszkańców do ucieczki. Park Narodowy powstał w 1974 roku i jego powierzchnia to oszałamiające 5 tys hektarów terenów zalanych lawą. Krajobraz parku jest księżycowy, dramatyczny, diabelski. Trzeba zobaczyć aby zrozumieć. Poza czernią panują tutaj brązy i czerwienie. No i cisza. Nie ma roślin, zwierząt, ptaków. Z historią parku można się zapoznać w centrum informacji oraz tutaj odbywają się pokazy tego, że tutejsze wulkany wcale nie są martwe. 10 cm pod ziemią kamienie mają 100 stopni a 6 metrów 600 stopni! Suche gałązki wrzucone do niewielkiego dołka samoistnie zajmują się ogniem. A woda wlana do otworu w skale zamienia się w parę i jak gejzer wybucha w górę. Park narodowy można zwiedzać autokarem (około godziny), na wielbłądach lub pieszo z przewodnikiem (ponoć przejścia nie są wcale łatwe). My zdecydowaliśmy się na wersję autokarową i widzieliśmy piekielną ziemię w swojej najpiękniejszej odsłonie.

El Golfo. To nazwa miejscowości, ale również krateru, który znajduje się tuż obok. Wewnątrz niego jest mała laguna zasilana morską wodą i nietypowym, intensywnym zielonym kolorze, który powstaje dzięki żyjących w wodzie algom. Nad jeziorem góruje potężna pomarańczowo-różowa skała! Kontrast kolorów jest bardzo ciekawy.

Playa de Famara. Jedna z najpiękniejszych plaż na wyspie. Ze względu na to, że w pobliżu nie ma dużych hoteli zapuszczają się tutaj Ci, co pragną ciszy oraz Ci co chcą posurfować bo warunki ku temu są tutaj idealne. Wyjątkowo jasny piasek pięknie współgra z błękitem nieba i morza oraz różnorakimi kolorami wzgórza Famara. Niestety wiało tam okrutnie – pewnie dlatego tylu było tam surferów 😀

Próba wina w Museo Agricola El Patio. W Tiagua znajduje się XIXwieczna, odrestaurowana farma, we wnętrzu której można zobaczyć stroje ludowe, narzędzi rolnicze, warsztat tkacki oraz zbiór starych fotografii. I jak już wiadomo z nami nie można się nudzić, więc tato chciał nadziać mamę na widły, ja zostałam prawie wywieziona na taczkach, a Marcin już się zabierał za wynoszenie beczki wina! Dla ugaszenia pragnienia odbyliśmy degustację win, bardziej i mniej pysznych ale ogólnie raczej bardziej pysznych 😀

Los Hervideros. Południowo-zachodnia część wybrzeża, której nazwa oznacza „miejsce, w którym wrze woda”. To tutaj wrząca lawa toczyła walkę z zimnym oceanem w wyniku czego uformowały się poszarpane klify pełne jaskiń i tuneli. Już z daleka widać potężne pióropusze wody wzbijające się ponad powierzchnię skał. Warto zostawić samochód na parkingu i wybrać się na przechadzkę ścieżkami i balkonami wśród pryskającej wody. Naprawdę magiczne miejsce.