Przygotowania do maratonu i 55k w toku. Dziś, ze względu na 2-tygodniowy brak długiego wybiegania, postanowiliśmy powtórzyć 18 km. Pomimo temperatury ciut powyżej 0 st, wilgotności 90%, przenikliwego wiatru i oczywiście nieodzownej mżawki wyszliśmy z domu pełni optymizmu i radości na nadchodzący 2 godzinny sado-macho.

Shotover Park od pierwszych metrów standardowo przywitał nas błotem po same kostki. Najpierw przebiegliśmy okrążenie zielonym szlakiem, potem zbiegliśmy do Wheatley. Na powrót zaplanowaliśmy kolejne okrążenie zielonym lecz tym razem w odwrotną stronę, czego wcześniej nigdy nie robiliśmy. I dzięki bogu, że postanowiliśmy zrobić nasz bieg w tej kolejności, bo na zakończenie naszym oczom ukazał się zupełnie nowy świat. Mimo, że znamy ten park jak własną kieszeń to wszystkie podbiegi i zbiegi ukazały nam swoją drugą twarz. Ochom i achom nie było końca. To co było wcześniej przyjemnym zbiegiem okazało się, górą potężną prawie jak Mont Blanc, a tam gdzie z reguły wyciskaliśmy siódme poty teraz był zbieg, który pokonywaliśmy z wiatrem we włosach. Tak więc kiedy przekroczyliśmy bramkę przy „Lewisie” endorfiny galopowały w naszych ciałach i rozciągały nasze usta w ogromnych uśmiechach.

Bieg dodajemy do listy bardzo udanych, szczególnie, że dla przyjemności wrzuciliśmy sobie po dodatkowym kilogramie do plecaków.