Nadszedł w końcu czas na nasz długo wyczekiwany ultramaraton. Żmudne przygotowania trwały pół roku i podczas tego okresu przeżyliśmy wiele porażek i powstań, zajechaliśmy po 2 pary butów i oczywiście przemierzyliśmy setki kilometrów.

55km Ultimate Trails Ultra organizowany jest od 3 lat przez Lakeland Trails, którzy specjalizują się w biegach i duatlonach górskich. Razem z Anetą i Richardem byliśmy zapisani na ten bieg w 2015 roku ale ze względu na moje niskie żelazo musieliśmy przerwać przygotowania. Na szczęście udało się przenieść nasze wpisowe na 2016 rok, więc nie było zmiłuj się i trzeba było podjąć się wyzwania. W zeszłym roku pojechaliśmy kibicować Anecie i Richardowi w ich zmaganiach z dystansem. Kiedy oni biegli my wybraliśmy się na górską przechadzkę, o której pisałam tutaj, tym bardziej, że pogoda była wtedy fantastyczna!

W tym roku niestety matka natura się zbuntowała i w środku czerwca pogoda była raczej zimowa!

Ale cóż było robić.

W tym roku do naszej ekipy bieganiowej dołączył Huw, kolega Richarda, który pierwszy raz mierzył się z dystansem dłuższym niż półmaraton. Do Lake District wyjechaliśmy w piątkowe przedpołudnie ale do Kendal dotarliśmy dopiero około 1600. Niestety nie obyło się bez korków, robót drogowych i wypadków – jak zwykle. Do spania wynajęliśmy przytulny dom, który oferował to co najbardziej potrzebowaliśmy kuchnię, łazienkę i wygodne łóżka. Niestety były tam też schody, które po biegu wydawały się rosnąć z każdą godziną. Wieczorem uraczyliśmy się makaronową kolacją z dodatkiem wina na lepsze krążenie (oczywiście!). Przygotowaliśmy cały ekwipunek na dzień startu i poszliśmy spać. Wiadomo było, że z reguły ciężko się śpi przed dużym biegiem ale staraliśmy się wypocząć na tyle na ile tylko było to możliwe.

W sobotę rano zjedliśmy nasze standardowe śniadania biegowe i pojechaliśmy do Ambleside, gdzie znajdowała się rejestracja i linia startu. Rejestracja przebiegła pomyślnie, a my otrzymaliśmy numery startowe i chipy. Prowadzący byli fantastycznie, zabawni i pełni energii. Próbowali rozładować nasze nerwy i zagrzać do walki.

O godzinie 10:15 wysłuchaliśmy obowiązkowego przemówienia, dowiedzieliśmy się, że ścieżki są podmyte, że wszędzie stoi lub płynie woda i że mamy mieć oczy dookoła głowy bo będzie ślisko, mokro i niebezpiecznie. Cudownie….

A potem był sygnał startowy i pognaliśmy przed siebie. Od Richarda i Anety wiedzieliśmy, że bieg będzie przygotowany na wysokim poziomie. W zeszłym roku trasa była idealnie oznakowana z dużą ilością marshali, stacje paliwowe były świetnie zaopatrzone, a wolontariusze niezmiernie pomocni i zagrzewający do biegu.

Ku naszej radości praktycznie od pierwszych kilometrów biegu trasa pięła się w górę (do zrobienia było jedyne 400 m przewyższenia), więc nie było sensu się zarzynać i zdecydowaliśmy się na marsz. Z Ambleside ścieżka prowadziła wzdłuż Kirkstone Pass i wzdłuż strumienia aż na szczyt, gdzie znajdował się pierwszy punkt pomiarowy i paliwo! Wspaniale było wejść do ciepłego pomieszczenia! Szybkie kanapeczki i zaraz po tym był bieg w dół po bardzo śliskich łąkach przez prawie 45 minut. Tutaj można było obserwować umiejętności biegowe innych uczestników biegu, niestety większość osób obawiało się biegu w dół, teren był bardzo niepewny więc tuptali, dreptali przez co mocno obciążali wąską ścieżkę. My, ze względu na gliniaste biegi w Shotower, gnaliśmy w dół nie przejmując się mokrym podłożem, raz nawet obydwoje wpadliśmy do wielkiej dziury jedną nogą ale szybko się wygrzebaliśmy i kontynuowaliśmy szarżę. Nie wiem co było na dnie tej dziury ale buty strasznie nam śmierdziały przez kolejne dni… I w taki sposób pokonaliśmy przewyższenie 300 metrów, które kończyło się przy jeziorze Brothers Water. Potem było w miarę płasko co wcale nie oznacza, że łatwo.

Z miejscowości Patterdale trasa znów zaczęła wspinać się w górę aż do Glenridding gdzie przy okazjo mogliśmy podziwiać przepiękne jezioro Ullswater, w którym odbijały się szczyty gór spowite grubymi chmurami. W Glenridding znajdował się kolejny punt pomiarowy i jadłodajnia. A stamtąd zaczęło się piekło… Podejście o wysokości 550m prowadziło środkiem kotła. I byłoby pięknie i miło, bo i ścieżka przyjemna, kamienista i widoki prawdopodobnie stąd byłyby fantastyczne, ale pogoda chyba nas tutaj totalnie znienawidziła. Wiatr z prędkością 50km/h spadał ze szczytu kotła wprost w naszym kierunku i zmuszał nas do marszu w niefizjologicznej pozycji, zaczął sypać śnieg (w czerwcu) oczywiście prosto nam w oczy i do tego zrobiło się niemiłosiernie zimno. Marcin dawał jakoś radę, ja natomiast trzęsącymi ubierałam kurtkę przeciwdeszczową na przemoczoną koszulkę, rękawiczki, 2 bufki na głowę… No dosłownie ubaw po pachy!

Aż w końcu po zmaganiach z naturą naszym oczom ukazało się jezioro Grisedale Tarn położone na wysokości 538 metrów. Pomimo pięknej wspinaczki nie mieliśmy tutaj ochoty nawet na jedno zdjęcie! Jedyne na czym nam zależało to na zejściu w dół, gdzieś gdzie będzie ciepło! I stało się tak jak chcieliśmy. Zbiegaliśmy jedyne 500 metrów przewyższenie w dół, znów wśród mokrych traw, błota, płynącego strumienia aż do Grasmere gdzie czekał na nas kolejny punkt z gorącą zupą i jedzeniem.

Nie wiem dlaczego, ale ktoś kto układał trasę zdecydował się na zrobienie ludziom przyjemność i postanowił, że nie będziemy wbiegać na szczyt o wysokości 800m ale obiegniemy go wokół. Był to wielki loop o długości 13 km, gdzie było ciągle albo w górę albo w dół, widoki co rusz był do siebie łudząco podobne i co rusz wydawało się, że już zamykamy koło ale nie… I właśnie w tym miejscu przedzieraliśmy się przez potężne połacia paproci. Widok był totalnie niesamowity! Zieleń soczysta, pełna wilgoci, ilość paproci powalała a wszystko wyglądało jak ogromne plantacje herbaty! Niesamowite przeżycie! Gdzieś tam podczas tego loopu prowadziliśmy również ożywione rozmowy na temat różnych rodzai sportów z napotkanymi biegaczami. Ehh, z nudów można gadać o wszystkim, ile przecież można skupiać się na bieganiu! Aż w końcu koło się zamknęło i mogliśmy spokojnie pobiec do kolejnego punktu żywieniowego w Chapel Still. Stąd zostało już tylko 10km do końca, które zajęło nam ponad półtorej godziny! Przemierzyliśmy Loughrigg Fell i biegliśmy w dół do mety. Z daleka słyszeliśmy muzykę i radosne okrzyki! Wzdłuż ostatnich metrów witało nas naprawdę wiele osób. Endorfiny, adrenalina i wszystkie inne substancje chemiczne dodawały nam sił. Na metę wbiegliśmy uśmiechnięci od ucha do ucha nie wiem czy z powodu tego, że to już w końcu koniec czy może dlatego, że zrobiliśmy coś, co przez długi czas jawiło się w naszych głowach jako coś nieosiągalnego.

Były medale, koszulki i gorące jedzenie a wieczorem świętowanie i znów wino i gorąca kąpiel! Tylko te schody…

******

So, the time is up and our ultra marathon is just waiting for us happily. The preparation was long and boring with plenty ups and downs, with two pairs of running shoes damaged and with a plenty of kilometres run, walked, crowled.

The 55kUltimate Trails Ultra is organize from last 3 years by the Lakeland Trails who specialise in the mountain runs and duathlons. Originally we were signed for the run in 2015 with our friends – Aneta and Richard but because of my low iron level we had to gave up (first time ever!). Thanks God we were able to transfer our payments to next year, so there was no choice and we had to take a challenge.

Last year we went to Lake District with Aneta and Richard to support them. When they were running we took a really nice walk near Ambleside. The weather was fantastic and the views were just spectacular!

This year, unfortunately, the mother nature went on strike and in the middle of June we had 4 degrees, a strong wind, constant rain and occasional snow…how lovely!

This year our running team grown up with Huw – Richard’s colleague who was going to compete with such long distance for a first time. We left Oxford quite early on Friday but of course we have stuck in a few traffic jams. We arrived to Kendal around 4pm. We have rented very nice little cottage which offered what was necessary to us: kitchen, bathroom, comfy beds and the stairs, which will become a real challenge after run. We were celebrating before run (for courage 😀 ) with a lot of pasta and some red wine for better blood circulation, of course. Our running rucksacks were prepared on front because they will be checked during registration so everything was checked million timed. The 55 k it’s not a joke! We went to sleep and tried to relax as much as possible. Every runner knows that sleeping before big start is almost impossible but at least we tried.

In the morning on the start day we took our usual running breakfast and moved to Ambleside for the registration. All registration process went pretty well and we have been wearing our start numbers with a proud (even before start!). People who prepared all event were fantastic! They knew that most of us was afraid of such long distance and they tried to cheer us up.

At 10:15 was the briefing and we found out that the weather will deteriorate even more (!), some parts of routes were covered with water and we need to take extra care because of it. Generally it is going to be a danger adventure…how awesome…

After that, we got ready near a start line and after a big bang we immersed in our first ultra, a great adventure. We already knew from Aneta and Richard that the whole event will be prepared very well, the routes will be marked perfectly with many marshals, and what important, the food and water stations will be full of everything.

From the first kilometres the route started to climb up (400metres uphill) so we have decided to walk and do not waste to much energy at the beginning. The route went from Ambleside straight to Kirkstone Pass where we were running/walking along the stream. First water station was localised on the top of Kirkstone Pass. It was amazing feeling to be able to go into the nice and warm room. We took a quick sandwich and a few sips of hot tea and left into a wild nature 😀 From this point onward we were running downhill for nearly 45 minutes. The slop was covered with wet, slippery grass with plenty small streams, holes and other obstacles. And just here we could be grateful for all our sweat left in muddy Shotover, we knew exactly how to run fast and safe. Many people were afraid of that part of run, many of them fall, well…we didn’t fall but we stuck for a few seconds in a deep hole full of something not nice (a sheep poo?). In that 45 minutes we could observe an amazing views of the Brother Water lake. Just behind the lake was a village Patterdale and from here to the next lake – Ullswater terrain was a little bit easier, flatter what gave our bodies a little bit of rest. But not for long…from a village near Ullswater – Glenridding, where was next food station, the route started to go up again. At first it was quite easy slope but after a half an hour we started to climb 500 metres up in the middle of couloir. In the nice day this route is picturesque and maybe a little bit difficult but today it was a real hell! The weather got really bad, the wind gusts were so strong that I was not able to run and even walk was quite challenging. Then we experienced crazy rain with snow (yes, in the middle of summer). Marcin was coping not to bad but I was frozen nearly to dead. My running clothes were completely soaked and wet. I was not able to remove jacket from my rucksack . It was a nightmare! But finally I put a running jacket on the top of my wet clothes – I don’t know how I survived that part of run at all! We passed lake Grisedale Tarn which is located on 538 metres above see level and normally is extremely beautiful but not today. We didn’t stop for one photo even. We were dreaming about going down to nice and warm valley with another food station. And hey-ho! 500 metres downhill again with slippery, danger grass straight to Grasmere which was waiting for us with a cup of hot soup! Somebody who created this route decided in this point to surprise everyone and instead to run up another 500 metres we needed to do a 13k loop around a large mountain! It that stage where I was not sure what would be better… During that loop the whole terrain looked the same, every uphill and downhill were confusingly similar to each other. A long part of this loop was like a large field of tea plantation but in reality it was an ocean of ferns. The green was juicy and full of pigment – it was amazing feeling! Also somewhere there we had a nice chat about rugby, football and cricket… well, I don’t know nothing about those games but after 8 hours of constant run it was nice to talk about something. And finally the loop was completed with the last food station in Chapel Still. From here we had “only” 10 k to a finish line. “Only” because it took us whole 90 minutes! We waved to Loughrigg Fell and we have run down. We could hear a music and noises of those who just finished. There was many people along last 500 metres route. They were amazing! We could feel a flood of endorphins in our brains. We crossed the finish line with a huge smiles, happy, completed, amazed! We were so delighted that we finished another challenge, we crossed barriers which seemed unbreakable 10 hours earlier… Simply amazing. I write this story now and I can still feel that emotions and I have tears in my eyes! Amazing! We did it!

Then were medals, T-shirts, hugs, hot food and a lot of vine (we have earned all of this for sure). Just those stairs…