Nadeszła nasza ósma rocznica ślubu i praktycznie w tym samym czasie 10 rocznica pierwszej randki. Zastanawialiśmy się co zrobić w związku z tym wspaniałym faktem. I nie mogliśmy pojechać gdzieś na plażowanie, zwiedzanie lub jedzenie, tak żeby było srisze romantisze. Nie. Trzeba było sobie zapodać taką petardę, żeby do końca życia tej ósmej rocznicy nie zapomnieć!

Dobra, najpierw trochę faktów. GR20 jest jednym z najtrudniejszych szlaków górskich w Europie i biegnie z północy na południe przez cały Korsykański Park Narodowy. Trasa została wytyczona w 1952 roku i w poziomie liczy sobie 190 km (nasza nawigacja pokazała 203!) a w pionie 13000 metrów (luzik!). Tradycyjnie start jest na północy w Calenzana ale sporo osób zaczyna z południa z Conca (to według własnego uznania). Cała trasa rozpisana jest na 16 etapów (jeden etap na dzień), aby na spokojnie przejść każdy odcinek, nacieszyć oczy, porobić zdjęcia, mieć przerwy i czas odpocząć wieczorem. Dla normalnego zjadacza chleba 16 dni to trochę długo (kto dostaje 3 tyg urlopu w dzisiejszych czasach??) dlatego niektóre osoby decydują się na wersję przyspieszoną i łączą etapy w przeróżny sposób. My postawiliśmy sobie za cel skrócić czas przejścia do 10 dni (tak, tak, mieliśmy tylko 14 dni urlopu. Dwa dni obowiązkowo zarezerwowaliśmy na plażę). Oczywiście muszę tutaj wspomnieć, że nowy rekord trasy biegiem został ustanowiony w 2016 roku przez Francois D’Haene i jest absolutnie oszałamiający i wynosi JEDYNE 31 godzin i 6 minut (kobiecy rekord to 41 godzin i 22 minuty). Totalne szaleństwo!!

Od samego początku planowaliśmy zrobić ten challenge totalnie niezależnie od dostępnych udogodnień. Dlatego w naszych plecakach wylądował namiot, śpiwory, jedzenie i cała masa innych pierdół niezbędnych do życia w górach. Trochę się to potem na nas zemściło. Następnym razem będziemy mądrzejsi (jakim następnym razem??!!). No i plan przejścia! Rozmyślałam, planowałam, rozpisywałam. Był plan A i B na wszelki wypadek. No i co? I gówno. Oba plany poszły w odstawkę już drugiego dnia. Plan C kreował się samoistnie z dnia na dzień.

W niedzielę 3 września o 9 rano stawiamy nasze pierwsze kroki na korsykańskiej ziemi, którą ogrzewa wciąż gorące słońce, a w powietrzu unosi się zapach spalenizny po niedawnych pożarach. Trochę liczymy na to, że skoro jest już po sezonie, to będzie mniej piechurów. Niestety mylimy się. Chyba wiele osób liczyło na spokojniejszy wrzesień, a tutaj wycieczka szkolna się nam szykuje. Na autobus do Basti czekamy prawie godzinę, więc wdajemy się w rozmowę z Lizzy z Danii, która w zeszłym roku obchodziła swoje 60te urodziny i postanowiła, że z tej właśnie okazji przejdzie GR20. Można? Wszystko można! Wiek to tylko numer w naszych głowach!

Naszym głównym celem tego dnia jest kupno gazu na wkrętkę. Problem w tym, że tutaj w niedzielę się nie pracuje tylko odpoczywa i większość sklepów jest zamknięta. Zmaszerowujemy miasto wzdłuż i w szerz i niestety nigdzie gazu nie dostajemy – oj, niedobrze! Pociąg do Calvi odjeżdża dopiero o 16:30, więc przez 5 godzin biernie zabijamy czas. Ze względu na upał i ciężkie plecaki zakotwiczamy się na ławce skąd mamy idealny punkt obserwacyjny na ludzi i potężne promy. Jest naprawdę miło, jutro już tak nie będzie…

O 16 przemieszczamy się na dworzec kolejowy, gdzie znów spotykamy Lizzy i Maxa – 22letniego Holendra, który również postanowił samotnie zrobić GR20. Aż do dziesiątej wieczorem czas upływa nam na rozmowach, śmiechu, spaniu i jedzeniu. W połowie drogi mamy przesiadkę w U Ponte A Leccia, gdzie próbujemy lokalnego wina. W Calvi przez telefon po francusku (!!) zamawiam taksówkę do Calenzana (my na pole campingowe, a Lizzy do hotelu). Pole campingowe okazuje się być bardzo małe, ale udaje się nam znaleźć wolne miejsce. W ogólnodostępnej kuchni szybko gotujemy wodę na jedzenie i przed północą w końcu leżymy w śpiworach. To był bardzo długi dzień. Niestety nadal nie mamy gazu!

Dzień 1

Poniedziałek 4 września (8 rocznica ślubu)

21 kilometrów, 13 godzin, 2300m przewyższeń, 1285m zejść

 

ja: „Kochanie co dostanę w prezencie na naszą kolejną rocznicę ślubu?”

Marcin: „20 kilometrów w górach” (kurtyna opadła)

Od 5 rano camping wrze. Wrzucamy szybkie śniadanie na ruszt. Fajnie jest obserwować jakie ludzie mają patenty na ponoć najważniejszy posiłek dnia. Jest wszystko, od gotowych dań do zalania wrzątkiem, przez musli, srusli i inne, aż po konserwy i kanapki. My mamy mieszankę zmielonych orzechów, siemienia lnianego, cukru, mleka w proszku i wrzątku (mam nadzieje, że nas to nie przeczyści po kilku pierwszych kilometrach!).

I w końcu nadszedł wyczekiwany moment.

Do biegu – gotowi – START!

Zapowiada się piękna pogoda, plecaki trochę ciążą, ale przecież się przyzwyczaimy! W przewodniku piszą, że pierwszy dzień na GR20 to szok dla organizmu… nieee, nie może być aż tak źle! Na pewno tylko straszą. Zawsze trochę przekłamują, aby ludzie dwa razy się zastanowili zanim gdzieś polezą. Hey ho! Spotykamy Maxa, który postanawia czekać do ósmej rano na otwarcie lokalnego sklepu (255m). Po wyjściu z wioski droga od razu zaczyna wspinać się pod górę. Pierwsza część trasy w większości wiedzie przez las, tylko gdzieniegdzie zdarzają się odsłonięte polany z palącym słońcem. Spotykamy też Lizzy, która ma drobne problemy z plecakiem, ale ogólnie wygląda na bardzo zadowoloną (w końcu spała w łóżku, a nie w namiocie). Po półtorej godzinie zdobywamy niewielkie wypłaszczenie Arghioa (800m), skąd roztacza się widok na góry w jedną stronę i morze w drugą. Rozpoczynają się nasze pierwsze zygzaki tego dnia. Monotonne podejścia raz w prawo, raz w lewo. Ludzie nad nami i ludzie pod nami. Każdy maszeruje jak mrówka. Po kolejnych 2 godzinach wchodzimy na pierwszą przełęcz – Bocca a u Saltu (1250m). Oczywiście już od pierwszego dnia musimy zaliczyć scrambling, a łańcuchy są poprowadzone zarówno w górę jak i w dół. Na szczęście ekspozycja jest znośna ale plecaki odciągają nas od skał, co nie jest zbyt miłe.

Kolejne półtorej godziny i kolejna przełęcz zostaje zaliczona – Bocca a u Bassiguellu (1486m). Po 6 godzinach marszu docieramy do Refuge d’Ortu di u Piobbu (1570m), które położone jest na jęzorze wysuniętym w stronę zalesionej doliny. Całość wyglądała bardzo urzekająco. Cudownie byłoby tutaj zostać i odpocząć do następnego dnia. Niestety my zatrzymujemy się tylko na posiłek. I właśnie tutaj Marcin cudem znajduje bezpańską (taką mamy nadzieje, nikt za nami nie krzyczał) maszynkę do gazu! Wrzucamy potężną dawkę węglowodanów. Z zazdrością patrzymy na tych, co rozbijają namioty. My nie mamy wyjścia. Aby plan A mógł zostać spełniony musimy iść dalej. I matko bosko jedenasto! Trzeba było zostać na campingu i rozkoszować się widokami, a najlepiej wrócić do miasta i leżeć na plaży przez dwa tygodnie.

 

Druga część przejścia (etap 2) ma TYLKO 7 kilometrów ale zajmuje nam AŻ 7 godzin! Napełniamy kamelbagi wodą ze strumienia i ruszamy. Szlak wiedzie ostro pod górę wijąc się wśród potężnych głazów. W lesie drogę przebiega nam stado dzikich kóz (według mnie jest ich tam co najmniej ze 100, według Marcina góra 50). Niektóre mają naprawdę potężne rogi! W niedalekiej odległości przed nami pojawia się inna ludzka para. Okazuje się, że są to Rosjanie – Iljana i Oleg. I tak razem maszerujemy do przodu zmagając się z plecakami, podejściami i scramblingiem, który jest nieodłączną częścią tego etapu. Po tym jak kończy się las, zaczyna się długie podejście po wielkich, skalnych płyto-ścianach. Dzięki temu, że skały są chropowate mamy jako-taką przyczepność. Jednak pusta przestrzeń za plecami i świadomość nadciągającego zmroku nie jest zbyt miłe.

Po 2,5 godziny wchodzimy na przełęcz Piccaia (1950m). Naszym oczom ukazuje się widok, który totalnie odbiera nam mowę i rekompensuje wszelkie zmęczenie dzisiejszego dnia. Pod nami rozpościera się morze gór! To pierwszy taki widok podczas naszej wyprawy. Jesteśmy oszołomieni tym, że taka mała wyspa może mieć takie góry! Jak to w ogóle możliwe?! Zbieramy nasze szczęki z ziemi i absolutnie pewni bliskości schroniska kontynuujemy nasze zmagania. Okazuje się, że od naszego celu dzieli nas około tysiąca podejść i zejść! I każde z nich jest trudniejsze od poprzedniego, ze scramblingiem, często mocno eksponowane, a do tego wszystkiego narastające zmęczenie wcale nie ułatwia sprawy. W czasie kolejnych 3 godzin przekraczamy dwie przełęcze: Avartoli (1898m) i Carozzu (1865m).

Pierwszy raz w życiu mamy okazję oglądać zachód słońca z dwóch tysięcy metrów wprost do morza. Fakt, było cudnie i wspaniale, ale zaraz po tym robi się całkowicie ciemno (tak, tak mamy czołówki)! Ku naszej radości gdzieś w dole pojawiają się maleńkie światełka schroniska i po półtorej godzinie schodzenia zygzakami w dół osiągamy nasz pierwszy cel – Refuge de Carozzu (1270m). Nasza radość nie trwa zbyt długo, ponieważ pierwsze co słyszymy to to, że na campingu nie ma już miejsc. Co??!! Chłopaszek, który rządzi schroniskiem nie ucieszył się na wieść, że za nami nadciągają jeszcze Rosjanie. Schronisko położone jest nad urwiskiem, a camping na jedynym wypłaszczonym kawałku terenu. Potem jest tylko las rosnący na prawie że pionowych zboczach wysypanych kamieniami. Przez 30 minutach szukamy w miarę przystępnego miejsca. W końcu udaje nam się wcisnąć na wpół rozłożony namiot pomiędzy głaz i kujące krzaczory. Leżymy jak śledzie w za ciasnej puszce!

Nasza refleksja po dzisiejszym dniu: to był dopiero pierwszy dzień a zaliczyliśmy totalną wyrypę. W tym momencie umiera zarówno plan A i jak i B i rodzi się plan C pod tytułem: Nie wiem jak to zrobimy, ale przejdziemy te cholerne 200 kilometrów w dziesięć dni. I z tą myślą zasypiamy.

Dzień 2
Wtorek, 5 września 2017
6 kilometrów, 6 godzin, 860 m przewyższenia, 710m zejść

Po wczorajszym długim i zaskakującym przejściu postanawiamy odrobinę dłużej pospać. Zjadamy nasze standardowe śniadanie na tarasie z widokiem na góry i wyruszamy (o zgrozo!) o jedenastej. I niby tacy doświadczeni jesteśmy, że ho-ho! a tutaj taki błąd kardynalny walimy. Bo kto wychodzi w góry w samo południe?? Ale nic to. Jest jak jest. Najpierw przekraczamy bujający się na wszystkie strony most przerzucony z jednej strony rzeki na drugą, a potem robimy niemiłosiernie długi scrambling dnem doliny po potężnych płytach skalnych zwanych Spasimata Slabs. Niebo jest przepięknie błękitne, słońce naparza jak zwariowane, a zbawienny wiatr zapomniał, że my tu umieramy! Co rusz używam łańcuchów lub lin. Śmieję się sama do siebie, że gdybym zobaczyła napis: użyj zębów to prawdopodobnie wgryzłabym się w skałę z całych sił! Marcin oznajmia mi wspaniałomyślnie, że on postanowił nie używać żadnych udogodnień podczas całych 10 dni. Włosów nie ma i pewnie słońce mu przygrzało…

Po trzech godzinach dochodzimy do przełęczy Muvrella (1980m). A tutaj niespodzianka! Nad naszymi głowami piętrzy się kolejne, pionowe podejście! Odpoczywamy, zjadamy batony i zaczynamy mozolna wspinaczkę piargową ścianą pełną krótkich zygzaków. Jedyne co jest w tym wszystkim dobre to to, że bardzo szybko zdobywamy wysokość. Po około 40 minutach stoimy na przełęczy Stagni (2003m), skąd roztaczają się niesamowite widoki na długa dolinę wiodącą pomiędzy górami aż do samego morza. Chłoniemy widoki przez chwilę i schodzimy do schroniska. Przez dwie bite godziny pokonujemy potężne skały i pionowe ścieżki. Tutaj doganiamy naszych przyjaciół Rosjan i razem ciągniemy się aż do samego schroniska. Ostatnia część trasy prowadzi przez suchy las, który pachnie jak las w Bystrej (tej między Bielskiem-Białą a Szczyrkiem)! Aż w końcu jest – Ascu Stagnu (1422m), które zimą jest stacją narciarską, a latem polem namiotowym. Sam budynek jest dość mały i mieści tylko niewielką ilość osób. Mnóstwo górzystów śpi w namiotach. Kolejki do toalet są kolosalne. W malutkim sklepiku kupujemy suchą, francuską kiełbasę i piwo! Bierzemy pierwszy od trzech dni prysznic (niestety lodowaty ale lepsze to niż nic)! Przyjmujemy zaproszenie do namiotu Iljany i Olga, gdzie raczymy się kaukaskim koniakiem, niewiadomego pochodzenia, pitym z metalowych kubków (oczywiście wszystko z myślą o lepszym śnie). Łącząc rosyjski, angielski, polski i migowy nawet udaje nam się dogadać. Okazuje się, że oni też chcą zrobić to przejście w jak najkrótszym czasie, ale nie spodziewali się aż tak ciężkiego terenu… Życie…

Leżąc już w namiocie odpędzamy pierwsze wahania. Czy uda się nam zrobić GR20 w 10 dni? Czy damy radę nadgonić stracone pół dnia? Czy każdego dnia będzie tak ciężko? GR20 to naprawdę nie są przelewki! A kolejne dni wcale nie zapowiadają się łatwiej…

Dzień 3
Środa, 6 września 2017
13 kilometrów, 12 godzin, 1950 m przewyższeń, 1330m zejść

Noc jest kiepska. Wiatr co rusz spada z gór i miota naszym namiotem. Jakiś dziki pies wyje jak opętany. Pomimo niedogodności camping jak zwykle ożywa już o piątej rano. Dziś czeka nas kolejne ciężkie przejście (a to ci niespodzianka!) więc próbujemy pospać do szóstej. Morale są wysokie, więc liczymy na zrobienie dwóch etapów. Wszystko zależy od tego, jak będziemy się czuć po wejściu na 2600m (1250m przewyższenia na odcinku 9 kilometrów). Kilometrowa kolejka do toalety jest tylko jednym z wielu trudnych momentów dzisiejszego dnia. Rosjanie czmychnęli już o 6 rano! Początkowo ścieżka miło i przyjemnie biegnie lasem bez żadnych kamiorów, głazów i scramblingów. Radośnie przekraczamy drewniany most przerzucony nad strumieniem i zaraz potem wkraczamy do MORDORU! Naprawdę opowiastki Tolkiena lub Gra o Tron nie umywają się do tego, co właśnie znajduje się przed naszymi oczami. Rozpoczynamy podejście na najwyżej położony punkt GR20 – Pointe des Eboulis (2607m) tuż przy najwyższym szczycie Korsyki – Monte Cinto (2706m).

Cztery bite godziny składają się z wewnętrznej walki o każdy krok. Każde spojrzenie w górę przeraża. Widzimy ludzi wielkości główki od szpilki daleko w górze. Przypomina to podejścia na Aconcaguę w Ameryce Południowej. I wcale nie trzeba tak daleko jechać aby umęczyć się jak mops. Na Korsyce, w samym sercu Europy, mamy potężne skały, na które trzeba się wciągnąć, łańcuchy, trawersy ścian przy potężnej ekspozycji, miliony zygzaków wysypanych suchym żwirkiem, który odjeżdża spod butów czyniąc podejście jeszcze bardziej morderczym. Robimy krótką przerwę na niewielkim wypłaszczeniu, chwilę gapimy się na otaczające nas surowe skały i rozpoczynamy kolejną część podejścia, które wcale nie jest łatwiejsze, a wręcz przeciwnie. Pomimo bezchmurnego nieba lodowaty wiatr smaga nas po twarzach. Scrambling się mocno nasila, a ścieżki są poprowadzone nad ogromnymi przepaściami.

W momencie wejścia na Pointe des Eboulis (2607m npm) atakuje nas silny podmuch lodowatego wiatru. I jest! Hurra! Koniec naszej walki! Tutaj znów spotykamy Ilianę i Olga. Tuż na wyciągnięcie ręki jest Monte Cinto. Nawet przez myśl nam nie przechodzi pomysł próby zdobycia szczytu. Czujemy, że wiatr studzi nasze mięśnie. Wcinamy batony i szybko maszerujemy w dół, aby uciec od lodowatych podmuchów. Ścieżka biegnie delikatnie w dół ale walka z wiatrem zabiera cała przyjemność przejścia. Na samych koniuszkach butów pokonujemy wąską półkę skalną po której poprowadzony jest szlak i stajemy na następnej przełęczy Crucetta (2452m), która absolutnie przypomina okno wykute w skale. Na jakiś czas kończą się głazy i kamienie. Zjeżdżamy na butach po piargowej ścieżce. Ciężkie plecaki tylko dodają nam szybkości – sama radość!

A stąd robimy długie zejście do schroniska po potężnych głazach i pionowych zygzakach. To jest już norma. Kolejny dzień i kolejne zejście jak do piekła. Aż w końcu po trzech godzinach i za tysięczną skałą naszym oczom pokazuje się Refuge Tighjettu (1683m). Jest to jedno z najładniejszych schronisk na całej trasie. Wchodzimy do środka i przygotowujemy liofilizaty. Tutaj też spotykamy pana polaka z h’Ameryki (to wyjaśnia wszystko). Słuchamy gdzie on nie był, czego nie widział i czego nie robił! Co najmniej 10 osób można byłoby tym obdzielić! Za zadanie mamy słuchać, przytakiwać i od czasu do czasu rzucić jakiś Och i ach. Słabo rozkoszujemy się naszą przerwą. Zjadamy w pośpiechu i szybciutko zmywamy się do oddalonego o 30 min Auberge U Vallone (1440m).

Okazuje sie, ze jest to super-hiper-wypasiona oberża, która totalnie nie ma nic wspólnego z górskim życiem. Mimo że jest późno jednogłośnie decydujemy, że opuszczamy ten przybytek. Podążając za info z przewodnika za 3,5 godziny (i kolejne 700 metrów podejścia) powinniśmy być w Refuge de Ciottulu di I Mori (2050m). To zdecydowanie pomoże nam nadgonić plan i spędzić noc w bardziej bezludnym miejscu. Początkowo idziemy wzdłuż strumienia, a potem miło lasem aż do potężnej ściany. Według przewodnika czekało nas strome, skalne podejście, ale nie było tam nic o trzymaniu się skał wszelkimi możliwymi kończynami! Dobrze, że ściana ma dużo pęknięć, wiec nie narzekamy na brak uchwytów. A tym czasem za naszymi plecami rozgrywa się przepiękne przedstawienie z zachodzącym słońcem w roli głównej. Wierzchołki szczytów płoną czerwienią, a my stoimy i gapimy się jak urzeczeni. Po tym jak wyszliśmy z transu zdajemy sobie sprawę, ze jesteśmy ciągle w szarej dupie z wieczornym scramblingiem. Moja wyobraźnia podpowiada mi straszne rzeczy…

Ostatnie metry podejścia robimy z całkowitej ciemności z czołówkami – w mojej ocenie przeżycie 8/10 (które wraz z ilością przeżyć spadnie do 4/10). W ten sposób po 3,5 godzinie dochodzimy do przełęczy Foggiale (1962m), gdzie rzucają się na nas silne podmuchy wiatru. Śmiejemy się, że jest to pierwszy raz, kiedy w górach idziemy trzymając się za ręce! W oddali widzimy światełka schroniska. Po tym jak tam dochodzimy okazuje się, że jest to taki typ schroniska, który najbardziej nam odpowiada, czyli bardzo skromny. Opiekun wita nas w progu i oferuje gorącą zupą pełną makaronu i fasoli, talerz wędlin i czerwone wino z kartonu. Prawdopodobnie wyglądamy jakbyśmy nic nie jedli od 3 dni ale co tam! Wszystko smakuje wybornie! Tutaj tez spotykamy Francuzkę, nauczycielkę angielskiego, która ratuje mój kulawy francuski, i z która będzie nam dane spotkać się jeszcze raz za kilka dni. Rozbijamy namiot na stanowisku najbardziej wysuniętym nad potężna przepaścią i zasypiamy. Najlepsze jest to, że schronisko nie ma toalety! Robisz gdzie chcesz poza miejscami na namioty oczywiście.

Dzień 4

Czwartek, 7 września 2017

24 kilometrów, 9 godzin, 750m przewyższeń, 1300m zejść

 Naszej pobudce towarzyszy przepiękny, ale bardzo zimny wschód słońca! Zjadamy nasze szybkie, standardowe śniadanie. Chwila moment i znów maszerujemy. Początkowo łatwe, trawiaste zejście zamienia się w dość stroma ścieżkę biegnącą wzdłuż strumienia płynącego gdzieś daleko w dole kanionu. Przekraczamy drewniany most. Zaraz potem powinien być kolejny ale okazuje się, że most został zniszczony podczas ostatnich zimowych roztopów (niestety nie było to ujęte w naszym przewodniku). Nowowytyczona ścieżka przekracza strumień po potężnych głazach. Skaczemy jak kozice z ciężkimi plecorami. Dobrze, że dziś poziom wody jest bardzo niski. Szerokość koryta sugerowała, że po obfitych deszczach lub wiosennych roztopach pędzi tędy niezła górska rzeka.

Po półtorej godzinie i kilku zakrętach dochodzimy do Bergerie de Radule zwaną Gradule (1370m). Przez pół godziny zajadamy się miękkim, francuskim serem. Dalsza droga biegnie w lesie, bez głazów, scramblingu i innych nieprzyjemności. Od czasu do czasu skaczemy z kamienia na kamień omijając strumień. W wielu miejscach znajdują się płytkie baseny w wypłukanych przez wodę skałach. Woda w nich jest przyjemnie chłodna i kusi aby do nich wejść dla ochłody. Kolejne 90 minut i dochodzimy do Hotelu Castel di Vergio (1404m), gdzie następuje nasze pierwsze od kilku dni zetknięcie z cywilizacją. Spotykamy panią Polkę, która pracuje tutaj pod kilku lat. Dowiadujemy się, że Polaków tutaj jak mrówków. Uraczamy się colą i zaczynamy druga cześć dnia, czyli ponoć relatywnie łatwe 17 kilometrów.

Pierwsze pięć biegną płasko przez las. Jak dla nas jest to zbyt podejrzane, pewnie jakaś niebotyczna wspinaczka czeka na nas w dalszej części przejścia! W ten miły sposób dochodzimy po półtorej godzinie do przełęczy San Pedru (1452m), gdzie stoi kapliczka z figurą św. Piotra. Szeptamy krótką modlitwę i chwile gapimy się na widok na najwyższe partie Korsyki, które udało się nam do tej pory zdobyć. Na zboczu, które na nas czeka rośnie kilka mocno zdeformowanych przez wiatr drzew. No i w końcu spotykamy naszą pierwszą dziką krowę (jak się później okazało one wcale nie są takie dzikie jak myśleliśmy)! Stąd rozpoczynamy zygzakowate podejście na szczyt, który całkowicie tonie w potężnej, aczkolwiek nie wyglądającej groźnie, chmurze.

Rodzaj podejścia jest totalnie inny od tych z poprzednich dni. Po pierwsze nie ma skał, a po drugie ścieżka biegnie  środkiem zielonej łąki! Trochę tak jak połoniny w Bieszczadach. Mgła jest dość gęsta i niestety nie pozwalana na podziwianie okolicy. Wchodzimy na przełęcz Reta (1883m). Tutaj czeka na nas ogromna niespodzianka. Mamy przed sobą widok na najpiękniejsze miejsce w całym GR20. Potężne, zielone wypłaszczenie, którego punktem centralnym jest jezioro Nino z wieloma pomniejszymi jeziorkami i krętymi dopływami. Wokół jeziora pasą się dzikie konie. Widok jest hipnotyzujący. Szkoda ze musimy się stąd zwijać! Schodzimy do jeziora i na dzień dobry podchodzi do nas kilka koni. Ja jestem zesrana ze strachu, a Marcin żałuje, Ze nie mamy ze sobą, jabłek aby je nakarmić. Stąd zostaje nam już tylko tylko prosta droga do dzisiejszego miejsca docelowego – Refuge Manganu (1601m). Trasa biegnie całkiem przyjemnymi łąkami. Bez mrugnięcia okiem omijamy Bergerie de l’Inzecche i serwowane tam świeże sery (eh, czas gonił). 20 kilometrów w nogach daje się poczuć, plecaki ciążą, umysł co chwile odłącza się od ciała i tylko dzięki sile ciężkości posuwamy się do przodu. I w końcu, jest!

Po czterech godzinach zza skały wyłania się wieża przekaźnikowa i Bergerie de Vaccaghja (1621m). Oczywiście jesteśmy śmiertelnie pewni tego, ze dotarliśmy do Refuge de Manganu. Tutaj spotykamy jednego z panów francuzów z poprzedniego schroniska, który jak się okazało jest przewodnikiem i wymiata z grupą. Bergerie jest położone na łagodnym stoku wśród potężnych głazów. Pomiędzy namiotami pasą się krowy i cielątka, które są przesłodkie! Krowie placki są już mniej słodkie. Szczególnie wtedy, kiedy pędzi się za potrzebą lub do wodopoju. Do tego jest to kolejne schronisko bez toalety. Jesteśmy jak te krowy, z ta różnicą, że staramy się trochę odejść od namiotów. Dla odmiany schronisko oferuje prysznic z gorącą wodą! Cóż to był za luksus po dwóch dniach śmierdzenia! Tuz przed spaniem wrzucamy ogromna porcje węglowodanów i białka oraz stosujemy niezawodną piwną terapie na rozluźnienie mięśni. Dnia następnego czeka na nas cudowne 25 kilometrów! Nasze dni zaczynają powoli zlewać się ze sobą. Codzienność robi się bardzo prosta i ogranicza się do kilku monotonnie powtarzanych czynności. Zapominamy o pędzie cywilizacji i przestawiamy się na życie zgodnie z cyklem przyrody. Nasze umysłu zdecydowanie odpoczywają. Niestety ciała trochę miej. One nas nienawidzą! 

Dzień 5
Piątek, 8 września 2017
22 kilometry, 8 godzin, 980 m przewyższeń, 800m zejść

Dziś jest pierwszy poranek, kiedy wstajemy o godzinie, którą sobie zaplanowaliśmy. Sukces!! O 5 rano! Tak, to są nasze wakacje! I dobrowolnie się na to zgodziliśmy. Odprawiamy poranne rytuały, machamy krowom na pożegnanie i wyrusz! Jest okrutnie zimno! W nocy był przymrozek i trawa chrzęści pod stopami. Podchodzimy pod ten właściwy Refuge Manganu (1601m). Jesteśmy bardzo zaskoczeni. Jesteśmy absolutnie przekonani, że ostatnią noc spędziliśmy właśnie w tym schronisku. Niestety spaliśmy w Bergeries de Vaccaghja (1621m). Trudno. Ale może nawet i lepiej. Schronisko wcale nie wygląda na przytulne i nie ma tutaj krów! Zapewne posiadają toalety, ale w środku gór i tak nie można liczyć na luksusy.

Zaraz po tym, jak mijamy schronisko kończy się rumakowanie i zaczynają się przysłowiowe schody… Ścieżka początkowo prowadzi wzdłuż strumienia, ale po 15 minutach zaczyna się wypiętrzać. Przechodzimy długą partię stromych zygzaków i wchodzimy do bajkowego świata zielonej trawy i potężnych głazów, pomiędzy którymi powolnie przechadzają się zblazowane krowy. Tutaj też spotykamy francuską grupę prowadzoną przez francuskiego przewodnika ze schroniska. Zamieniam kilka zdań łamaną francuszczyzną i podłączamy się pod jego doświadczone skrzydła. Znów robi się stromo. Podejście jest długie i bardzo żmudne. Trasa jest usiana scramblingiem. Krótkie, prawie że pionowe zygzaki zagęszczają się coraz bardziej. Na samym szczycie znajduje się długi skalny grzebień. Naszym celem jest wejść pomiędzy dwie potężne igły, które przypominają skalną bramę – przełęcz Porte (2225m). To jest naprawdę niezłe podejście!

Po 3 godzinach następuje moment przejścia przez skalną bramę i jest on absolutnie magiczny! Tak przy okazji, podczas tego trekingu przeżyliśmy kilka takich subnaturalnych momentów. Za każdym razem mieliśmy wrażenie wchodzenia w inny wymiar, czasoprzestrzeń, inny świat. Tak jest właśnie tym razem. Z jednej strony mozolne podejście, a z drugiej potężna przepaść, kilka czarnych jeziorek daleko w dole i morze najeżonych szczytów po sam horyzont. W takich momentach cały przeżyty znój i trud znikają. Serce rośnie i chce wyrwać się na wolność, a do oczu napływają łzy wzruszenia. Eh, każdemu życzę takich przeżyć! Robimy małą przerwę i pewni tego, że najgorsze już za nami ruszamy dalej. Szybko reflektujemy się ze nasze myślenie było błędne i ten dzień wcale tak szybko nie skończy. Trasa jest technicznie bardzo trudna. Łańcuchy wiszą nad przepaściami, uskoki skalne są bardzo wąskie i mieszczą tylko końcówki butów, plecaki przeważają, a słońce praży nieubłaganie. Przejście wiedzie wokół całej doliny Restonica. Idziemy raz z jednej, a raz z drugiej strony ostrej najeżonej kamiennymi igłami grani. Co jakiś czas mijamy się z grupą Francuza ze schroniska, starszym małżeństwem i młodą parą. Po 6 godzinach absolutnie totalnej wyrypy daleko w dole ukazuje się nam małe schronisko. Zygzaki na zejściu zabijają nasze kolana.

Kolejne 90 minut i dochodzimy do przepięknie położonego Refuge de Petra Piana (1842m). Sam domek jest maleńki, ale wewnątrz można kupić najważniejsze produkty spożywcze oczywiście za odpowiednia cenę. W sumie nie ma co się dziwować. Zaopatrzenie przylatuje tutaj helikopterem raz w tygodniu… Gotujemy jedzenie, płacimy krocie ze talerz wędlin i colę. Marzymy o tym, aby móc rozbić namiot i wyciągnąć nasze zbolałe ciała. Maskotką schroniska jest koń, który spaceruje sobie pomiędzy namiotami i wszystkich zaczepia. Zamieniamy kilka słów z wcześniej wspomnianym francuskim przewodnikiem. Pyta skąd jesteśmy, jak tylko usłyszał, że z Polski to od razu powiedział Jerzy Kukuczka i Wanda Rutkiewicz. Jesteśmy bardzo zaskoczeni! Po czym dodaje, że twardzi z nas ludzie! I miał rację, bo dosłownie chwilę po tym rozpoczynamy druga część dzisiejszego przejścia. Przewodnik podniósł kciuk do góry i pomachał nam na pożegnanie.

Ten etap jest uznawany za jeden z łatwiejszych odcinków północnej części GR20. W sumie jest to prawda, ale po trudnym poranku nic już nie jest łatwe. Rozpoczynamy długie zejście. Widoki prawdopodobnie są tutaj oszałamiające ale nadciągały gęste chmury, w połowie zejścia podgrzmiewa, zaraz potem zaczyna padać. Ubieramy ciuchy przeciwdeszczowe. Po 15 minutach leje już tak strasznie, że decydujemy się na krótki postój pod małym daszkiem zamkniętego bergeries. Wiem, że musimy iść dalej, aby wyrobić się w czasie, ale wyobraźnia podsuwa mi obrazy z naszego zejścia z Elbrusa w 2010 roku i potężnej burzy śnieżnej, którą tam wtedy przeżyliśmy. Na szczęście po chwili deszcz łagodnieje. Reszta trasy przebiega już raczej przyjemnie. Co chwilę widzimy żółto-czarne salamandry. Przyznam się, że to mój pierwszy raz w życiu. One są naprawdę piękne! Jest bardzo ciepło i cały deszcz paruje. Idziemy jak w zaczarowanym lesie. Drzewa przypominające upiorne postacie co rusz wyłaniają się z mgły.

Ścieżka prowadzi wzdłuż strumienia. Idziemy szybko, jednak po pewnym czasie płaski teren daje się nam we znaki i oboje narzekamy na ból pleców. Po 3 godzinach wędrówki docieramy do Bergerie de Tolla (1000m), jednego z najbardziej wyjątkowych miejsc na naszej trasie. Bergerie prowadzi miły pan, który porzucił pracę w corpo na rzecz prowadzenia tego jakże intratnego interesu. Sam piecze chleb, robi sery, pasztety i wędliny. Do tego ma gadane, jak mało kto! Słuchając go dochodzimy do wniosku, że sprzedałby każdego z nas z osobna za całkiem niezła sumkę! Tam właśnie dowiadujemy się, że dzikie krowy wcale nie są takie dzikie, jak zaganiać kozy do zagrody, dlaczego nie używa się do tego psów i dlaczego jego mini pole namiotowe jest za darmo. Tam też, pod rozłożystą jabłonią, spotykamy nasza koleżankę nauczycielkę francuskiego z dnia nr 3. Poznajemy też czterech młodych francuzów, którzy chylili czoła przed naszym nocnym zejściem do Refuge de Ciottulu di I Mori. Chyba nieźli z nas mocarze (albo głupcy!)! Kupujemy ogromny chleb, słoiczek pasztetu, sery i wędliny! Boże jakie to wszystko jest pyszne! Gaworzymy z towarzystwem po angielsku i francusku. Wszystkie tematy kręcą się wokół gór. Objadamy się jak dwa dziki. A następnie, ku zaskoczeniu gawiedzi, oznajmiamy, że idziemy dalej.

Początkowo przyjemna szutrowa droga zamienia się w ścieżkę biegnącą ciemnym lasem pełnym stworów. Oczywiście moja wyobraźnia pokazuje mi okropne obrazy i powstrzymuję się od świecenie czołówką na boki bo wilkołaki i inne nocne najtmery… Przez pół godziny męczymy się na bardzo krótkich ale nieziemsko stromych zygzakach. W końcu po 2 godzinach dochodzi do nas zapach dymu z kominka. Po dojściu do Refuge de l’Onda (1431m) okazuje się, że przyszliśmy za późno, aby opłacić miejsce na namiot, ale możemy się rozbić i zapłacić rano. Camping jest dość spory i cały otoczony drewnianym płotem – czyżby te nocne stwory jednak były prawdą?! Czujemy się trochę jak na obozie harcerskim. Wszystkie namioty są ciasno upakowane jeden obok drugiego w równych rzędach. I byłoby pięknie gdyby nieodzowni chrapacze. Noc jest wyjątkowo zimna. Broda mi się trzęsie. Szybko rozbijamy namiot, pijemy herbatę i idziemy spać. To był naprawdę wyczerpujący dzień. Cóż, jak każdy do tej pory…

Dzień 6
Sobota, 9 września 2017
12 godzin, 27 kilometrów, 1700m podejść, 1550m zejść

O 6 rano rozpoczyna się nasz ostatni dzień w północnej części GR20. W przewodniku wyczytałam, że będzie to łatwe przejście z jedną góra, a potem już tylko w dół do Vizzavona. Co to dla nas! Jestem pewna, że zrobimy to przejście z palcem w tyłku. I jakże bardzo się myliłam! Jedyna góra na trasie była potężnym monstrum, które nie chciało się poddać przez 2,5 godziny. Najpierw wspomnę o tym, że wyszliśmy za wcześnie, aby móc zapłacić za pole namiotowe, cóż, życie… Od samego początku idziemy stromymi, wąskimi ścieżkami i pokonujemy tysiące zygzaków. Spotykamy ludzi, którzy są w trasie już osiem dni i wyglądają na poważnie wymęczonych. Nikomu nie wspominamy, że dla nas to dopiero szósty dzień! Po co wywoływać niepotrzebną panikę. My i tak ciągle jesteśmy pół dnia do tyłu. Idąc tym tempem będziemy potrzebować 10,5 dnia. Wciąż mamy nadzieję, że uda nam się nadrobić stracony czas i umrzeć w 10 dniu naszej tułaczki. Podejście na szczyt znajduje się na zachodniej ścianie góry. Im bliżej szczytu tym robi się zimniej. Zaczyna wiać mroźny wiatr. Jakieś pół godziny do naszego celu pokonujemy ciekawy odcinek z długim scramblingiem. Oczywiście widoki są poruszające!

Przełęcz znajduje się na 2100m a zaraz nad nim wyrasta potężna iglica szczytu Punta Moreno, na którą można się wspiąć i podziwiać te same widoki, ale 40 metrów wyżej. Czuję, że dziś jest mój słabszy dzień i moja psychika plata mi figle. Mówi mi, że już wystarczy, że już więcej nie trzeba, że dojdziemy do Vizzavona i damy sobie spokój. Południowa część trasy wcale nie jest już taka ciekawa, więc może nie warto… Płaczę ze zmęczenia, ale przecież tutaj nie zostaniemy. Spoglądamy na północną część GR20 po raz ostatni. Potężne, groźne i już zdobyte szczyty pokazują nam swoje oblicze. Możemy być z siebie dumni, że pokonaliśmy taki kawał gór w tak dobrym czasie. Robimy kilka zdjęć i zostawiamy 6 dni potu, kurzu i łez za sobą. Z drugiej strony przełęczy świeci piękne słońce, dolina się zieleni, a w oddali widać maleńkie budynki. Zejście jest podobne do podejścia, długie, mozolne, trudne i bardzo strome. Tego dnia pierwszy raz pozwalamy sobie na chwilę przyjemności i moczymy stopy w zimnej, górskiej rzece!

W przewodniku jest napisane, że druga połowa trasy wiedzie spokojnie w lesie. I owszem, jest las, cień i miła rzeka ale potężne głazy po których musimy ciągle schodzić w dół zabijają nasze, i tak już umęczone, kolana. W dół, i w dół, i w dół. Na naszej trasie zaczynamy spotykać coraz więcej tubylców i/lub niedzielnych turystów. No tak, przecież jest sobota! Ludzie przyjechali sobie odpocząć na łonie natury! Przyglądają się nam trochę podejrzanie. Albo wyglądamy jakbyśmy mieli zaraz zejść z tego świata albo zwyczajnie czuć nas na kilometr. Zdecydowanie stawiam na to drugie! W końcu po 3 godzinach i wielu trudach dochodzimy do La Cascade Bar (1092m) – bergerie na bogato. Zamieniamy kilka zdań z grupą młodych chłopaczków, którzy są z siebie bardzo dumnie, że zrobili północną część w tydzień. A my w 6 dni buuuuhahaha!

Kolejne 30 minut i dowlekamy się do centrum miasteczka i taaaa daaaam – sjesta! Wszystko zamknięte! Przez pół dnia wyobrażamy sobie co zamówimy, jakie wino wypijemy, a kończymy na polu namiotowym jedząc liofilizaty i pijąc colę! Tutaj przysiada się do nas kolejny Polak gadułka! Albo my nie lubimy się socjalizować z ludźmi, albo mamy takie szczęście, że zawsze trafiamy na ciekawe przypadki. Jemy, słuchamy i staramy się zebrać się tak szybko, jak tylko jest to możliwe. Ów pan jest bardzo zaskoczony tym, że chcemy zrobić całego GR. Po pierwsze południowa część nie jest już tak ciekawa, a po drugie pogoda ma się pogorszyć. Moje morale spadają tutaj dość mocno, ponieważ stąd odjeżdża pociąg do cywilizacji. I jak się okazuje spora część osób tutaj właśnie kończy przejście i jedzie na plażę… Jednak nakręcone gadanie pana Gadułki bardzo ułatwia nam wyruszenie w dalszą część drogi. Przy wyjściu z Vizzavona stoi mała kapliczka z figurą Matki Boskiej Leśnej, gapimy się chwilę i szeptamy prośbę o bezpieczne przejście kolejnych 120 kilometrów.

Na drugą część dnia mamy zaplanowane 16 kilometrów marszu i 1000m podejścia! Co oznacza, że na koniec dnia będziemy mieć prawie 2000m podejść na liczniku – miło! I faktycznie trasa jest dość łatwa. Podejścia są długie ale łagodne, droga szeroka ale kamienista. Ciągle idziemy w lesie, więc żadne upały nie są nam straszne. Po 2 godzinach marszu dochodzimy do przełęczy Palment (1645m). Mijamy zamknięte Bergeries d’Alzeta. Maleńkie domki są pięknie wkomponowane w potężne wzgórze. Fajnie byłoby tam odpocząć chociaż chwilę, ale wieczór nadchodził nieubłaganie.

W końcu robi się całkowicie ciemno. To zaczyna być dla nas coś normalnego! Temperatury spadają, wzmaga się wiatr. Kilka razy przekraczamy asfaltową drogę co oznacza, że zbliżamy się do dzisiejszego miejsca docelowego. Po przejściu 30 kilometrów marzymy już tylko o naszym namiocie, liofilizacie i śnie (nawet nie o prysznicu!). I w końcu jest! Po 6 godzinach marszu docieramy do Bergeries Capanella (1586m), które okazuje się być bogatym hotelem, a nasze wejście zakłóca lokalsową nasiadówkę. Chyba nikt się spodziewał wariatów chodzących nocą po górach. Ze względu na to, że w nocy zapowiadane są burze szalejemy i wynajmujemy miejsce w starej noclegowni. Jest to mały, kamienny domek z miejscem na 8 osób. Ku naszej uciesze nikogo więcej tam nie ma! Szybko jemy i walimy się prosto do śpiworów. W nocy nad naszymi głowami przewalają się dwie burze. Ze względu na to, że schronisko stoi w żlebie echo piorunów jest bardzo efektowne! Dostałabym zawału serca w namiocie, na bank!

Dzień 7

Niedziela 10 września 2017

7 godzin, 19 kilometrów, 950m przewyższeń, 100m zejść  

Cudownie spało się na miękkim materacu z dachem nad głową! Od 5 rano przyłażą ludzie z namiotów aby sobie ugotować śniadanie. O 6 rano my też decydujemy się zrobić jakiś ruch. Naszym kolejnym szaleństwem jest zamówione śniadanie w bergieries. Mamy chleb z masłem i dżemem oraz gorącą czekoladę do picia. Nijak się to nie umywa do naszych wysoce energetycznych śniadań. Jestem głodna już po pierwszej godzinie marszu! 

Według przewodnika czeka na nas najłatwiejszy etap GR20 i rzeczywiście sprawdza się. Trasa wiedzie w lesie, są lekkie wzniesienia i spadki ale nic męczącego. Czasem ścieżka przecina odkryte łąki, gdzie widać nadchodzącą jesień. Liście żółcą się, czerwienią i brązowieją we wszystkich możliwych odcieniach! Czujemy się jak w naszych Pieninach, Beskidach lub Bieszczadach. No i w końcu, po krowach, koniach i kozach przyszła wyczekiwana chwila na dzikie świnie (coś pomiędzy świnią domową i dzikiem)! Rodzinka liczy sześć osobników i oczywiście totalnie ma nas w nosie! Po 3 godzinach dochodzimy do Plateaude Gialgone. Strasznie tutaj wieje, więc sikamy ostrożnie z wiatrem (hahaha!). Niedaleko stoi Casetta di Ghjalcone (1591m), który jest dość znacznie oddalone od trasy, więc nie chce nam się nadrabiać drogi. Pierwsza część dzisiejszego dnia kończy się po 4 godzinach na przełęczy Verdi na wysokości 1289m, gdzie stoi schronisko o takiej samej nazwie. Niestety do schroniska doprowadzona jest asfaltówka… Budynek jest cały drewniany, wewnątrz ozdobiony starymi zdjęciami i potężnym kominek z ogromnym rusztem, na którym smażyły się steki! Nie mogliśmy się oprzeć pokusie! Zamawiamy prawdziwe mięso, fryty i colę! 

Chwilę potem rozpoczynamy kolejny etap. Miło byłoby zostać ale nasz cel jest coraz bliżej. Zostały nam już tylko 3 dni! Wtedy też uświadamiamy sobie, że idziemy już cały tydzień! Każdego dnia walczymy z psychiką i zmuszamy nasze ciała do nadludzkiego wysiłku. Cały tydzień! My naprawdę mamy nierówno pod sufitem! Pierwsze dwa kilometry biegną w lesie, więc jest miło i przyjemnie poza tym, że podwiewa wiatr i zaczyna się chmurzyć. Nagle ścieżka się spionizowała i walimy zygzakami prosto pod górę! W prawo w lewo, w prawo, w lewo… Wychodzimy z lasu i widzimy, że jest to dopiero początek przyjemności, bo druga część podejścia jest równie stroma. Długie podejście do kolejnej przełęczy jest mocno odsłonięte i wystawione na podmuchy wiatru. Zaczyna padać, chmury wiszą nisko i nic nie widać. W oddali poruszają się dwie kolorowe kropeczki, które są parą piechurów idących przed nami.

Po 3 godzinach dochodzimy we mgle do Refuge de Prati (1820m). Zarządca mówi tylko po francusku. Jest ekstremalnie zimno i mokro. Znów decydujemy się na nocleg w budynku. W części sypialnianej znajduje się 30 miejsc do spania na dwupiętrowych pryczach – robi to oszałamiające wrażenie. Po 4 dniach bez mycia decydujemy się na orzeźwiająco-lodowaty prysznic w górskiej wodzie o temperaturze bliskiej zeru. Nawet włosy udaje się nam umyć! Krioterapia ponoć zdrowa, a do tego można drzeć się wniebogłosy i nikomu nie będzie to przeszkadzać. Jedyny problem jest taki, że bardzo gęsta mgła zakryła wszystko, więc dojście do toalety i prysznica można uznać na niebezpieczne. Łatwo jest zgubić kierunek i spać w przepaść. Pierwszy raz mamy dużo czasu. Pijemy piwo i gramy w nasze ukochane tri-domino. Poznajemy chudego kolesia z Holandii oraz starsze, francuskie małżeństwo. Przez kolejne trzy dni będziemy się mijać i wzajemnie dopingować. Spędzamy naprawdę miły wieczór! Zajmuję nam prycze na piętrze. Jak się okazało następnego poranka był to jeden z większych błędów tej wyprawy. Wszyscy chrapią okropnie…

Dzień 8
Poniedziałek, 11 września 2017
12 godzin, 23 kilometry, 700 m przewyższeń, 1050m zejść

Dzisiaj jednak wyrównujemy czas i doganiamy plan A! Sukces!
Rano mam problem zejść po drabinie. Nie ma się czego trzymać, mięśnie mam już całkowicie zużyte. Zeskakuję z kilku stopni i mam wrażenie, że całe ciało mi się w środku połamało. Ale przeszło. Nigdy więcej łóżek na piętrze.
To był dzień, w którym myślałam że zginę. Tak na poważnie! Wyjadamy nasze śniadaniowe resztki. Od rana pogoda nie zachwyca – zimno, wietrznie, okazjonalnie mgliście. Początkowo idziemy pod górę aż do pierwszej przełęczy Cappella (2000m). Zaraz potem rozpętuje się niezła zawierucha wietrzna. Przejścia z jednaj strony grani na drugą prowadzi pomiędzy szczytami, kamiennymi wieżami i ciasnymi przesmykami. I w tych właśnie miejscach wieje najbardziej! Prognoza pogody zapowiadała na ten dzień 30km/h z pogorszeniem po południu i masakrą dnia następnego (ok 120km/h).

Mijamy się z ludźmi ze schroniska. Ci co są ciężcy nawet dają radę. Ci lżejsi chowają się za głazami i skałami. A ci wagi piórkowej mają przerąbane! Do tej grupy zaliczam się ja. Nawet ciężki plecak nie pomaga. Ręce i nogi latają mi jak w próżni. Marcin co chwilę łapie mnie za szelki plecaka i tak razem szczepieni idziemy do przodu. Musimy wyglądać komicznie, ale wolę to niż śmierć w przepaści. Trasa wiedzie praktycznie ciągle granią, w tym wietrze. Nie pamiętam kiedy ostatnio tyle płakałam ze strachu w górach. W każdym uskoku widzimy jak wiatr pędzi pomiędzy skałami niosąc ze sobą piasek i kurz. To jest totalna masakra!

Po 6 godzinach walki dochodzimy do Refuge d’Usciou (1750m) ulokowanego w niewielkim kuluarze osłoniętym od wiatru. Zziębnięci i umordowani znajdujemy jadalnię ze stuletnią kuchenką gazową, która strasznie przepuszcza gaz! Cud, że się nie dusimy albo wysadzamy w powietrze. Był tam już holender i francuskie małżeństwo. Czekamy wieki na zagotowaną wodę. Jemy liofilizaty. Mimo, że mamy kilka rodzai to z dnia na dzień smakują nam coraz mniej. Przysłuchuję się rozmowie francuskiego małżeństwa z większą grupą piechurów. Prognoza pogody zaczyna się potwierdzać, na szczytach wieje coraz mocniej. Jutro nie będzie możliwości wyjścia w góry. Kolejny odcinek przewidziany na dzisiejsze popołudnie ma 13 kilometrów i ponoć tylko 4 godziny marszu. Nie tak źle, ale połowa trasy wiedzę szczytem grani tym razem ze scramblingiem. Starsi, ku lekkiemu zdziwieniu grupy, wyruszają w górę. Ja mam ogromne obawy. Jestem totalnie wypompowana psychicznie. Ale nie chcę tutaj utknąć na 2 dni ze względu na wiatr. Jednak decyduję się na drugą lekcję latania. Marcin zapewnia, że będzie mnie trzymał jakbym odlatywała.

Początkowo jest mocno pod górę. Ścieżka jest mile osłonięta od wiatru, podziwiamy piękne widoki. Na szczycie grani też początkowo jest ok. Słońce świeci, chmurki płyną, lekki wiatr sobie wieje. Robimy trochę zdjęć. Chwilę potem chmurzy się na całego. Grań jest bardzo wąska, a ścieżka kluczy raz z jednej, a raz z drugiej strony. Jedna strona jest przyjemna i bezwietrzna, a druga jest koszmarna! Po drodze mamy dużo scramblingów do pokonania. Na szczęście są krótkie, ale prowadzą nad ogromnymi przepaściami. Mgłą łagodzi przestrzeń i nic nie widać. Wraz z upływem czasu pogoda się pogarsza, a wiatr przybiera na sile. Czasem podmuchy są tak mocne, że wpadałam w kujące krzaki! Ciekawie (i przerażająco) jest obserwować wiatr pędzący przez wąskie przełęcze, gorzej jest w nie wchodzić. Tym bardziej że miejscami jest naprawdę wąsko! Najwyższy punkt na grani to 1845m. Co jakiś czas mijamy się z innymi piechurami, którzy tak jak i my, zachwycają się pogodą. Ostatnia przełęcz kojarzy się nam z tunelem powietrznym, w którym silny podmuch wiatru od dołu utrzymuje osoby w zawieszeniu. Tutaj jest bardzo podobnie z tą różnicą, że wiatr wieje poziomo. Chwilkę odpoczywamy, po czym decydujemy się na ostatnie starcie. Biedny Marcin wpycha mnie i mój plecak pod wiatr, który wieje dobre 70km/h. Ja się drę wniebogłosy, wiatr wyje jak oszalały, a Marcin walczy dzielnie. To było naprawdę niesamowite doświadczenie! Gdyby Marcin mnie puścił to jestem przekonana, że poleciałabym jak liść na wietrze hen daleko! Ale mnie nie puścił…

Po 2,5 godzinie kończymy przejście grani i zaczynamy schodzić w dół w stronę lasu. Reszta trasy wiedzie osłonięta od wiatru w lesie wzdłuż strumienia. Od czasu do czasu przekraczamy rzekę w bród po kamieniach. Dochodzimy umordowani do Bergerie de Bassetta (1310m) po 2 godzinach marszu. Spotykamy tutaj naszych międzynarodowych znajomych. Zarządca schroniska tłumaczy nam, że w tej części gór często mocno wieje. Zjadamy dwie potężne bagietki, wędliny i żłopiemy dzban wina. W toalecie i pod prysznicem nie ma światła. Znów idziemy spać brudni. I znów na pryczy z innymi (do diabła z tym namiotem!). Tym razem jest tylko jedno piętowe. Tym razem wybieramy łóżka na parterze! Znów strasznie ktoś chrapie…

Dzień 9
Wtorek, 11 września 2017
10 godzin, 23 kilometry, 1050m przewyższeń, 1250m zejść

Wstajemy o 6 rano. Nie wiem skąd oni biorą energie na chodzenie ale bagietka, dżem i gorąca czekolada są dla mnie za słabe! Po pół godzinie drogi mijamy Refuge Matalza (1410m), który nie wygląda przyjaźnie i jest bardzo betonowy. Pogoda jest nadal fatalna, zimno, mgliście i wietrznie. Trasa prowadzi przez prerię – nie dosłownie, ale krajobraz mniej więcej tak wygląda. Otwarte przestrzenie, niewielkie wzniesienia pokryte trawą i okropnie kującymi krzakami. Wiatr znów wieje jak zwariowany. Silne podmuchy wrzucają mnie kilka razy w krzaczory – szczerze ich nienawidzę! Ale moje ciało coraz mniej zwraca na cokolwiek uwagę. Tak więc wpadam w kczaczory, wstaję, idę dalej, potem znów wpadam i znów wstaję… Klnę od czasu do czasu do czasu pod nosem. Już tylko świadomość pcha mnie do przodu. Jadę na autopilocie. Czasem ścieżka biegnie w małym wąwozie wydrążonym w ziemi, wtedy jest miło. Rzadko spotykamy ludzi, południowa część nie jest tak popularna jak północna, do tego pogoda nie nastraja do wędrówek.

Po godzinie dochodzimy do przełęczy Chiralba (1743m), skąd mamy piękny widok na pasmo górskie z najwyższym szczytem Monte Alcudin (2134m), która co rusz znika w chmurach. Prędkość przemieszczania się chmur tylko świadczy o tym, jak mocny tam wieje wiatr. A my oczywiście pchamy się w tamtą okolicę. Daleko w górze wypatrujemy przełęcz z maleńkim znacznikiem. Oj ,daleko jeszcze mamy do przejścia. Trasa zakręca i powoli zaczyna piąć się w stronę szczytu. Nie jest stromo, ale są wielkie zwaliska kamieni, na które musimy się wciągać na rękach. Na szczęście góra jest mocno rozłożysta, więc upadek nie wiąże się z żadnym ryzykiem. W końcu docieramy do podnóża przełęczy i już z daleka widzimy, że czeka nas przejście przez kolejny tunel powietrzny. I znów jestem wpychana pod wiatr. Ale tutaj jest łatwiej, nie ma ryzyka wpadnięcia w przepaść. Po drugiej stronie mamy piękny widok na dolinę, las i niewielkie schronisko. Morze przybliża się z każdym krokiem! Jedynie 600 metrów w dół zygzakami i będziemy odpoczywać. Wiatr na Korsyce nie ma zasad i zaczyna mocno wiać prosto w naszą stronę zmuszając nas do częstych postojów. Wczepiam się w podłoże czym tylko mogę. Podczas tego zejścia zaczynam odczuwać bardzo nieprzyjemny ból w mięśniu zaraz nad prawym kolanem. Ból narasta szczególnie przy schodzeniu i próbie zginania kolana czyli wtedy kiedy mięsień najbardziej pracuje. Jest to naprawdę nieprzyjemne, szczególnie że utrzymywanie równowagi na wietrze pochłania moją całą energię, a tutaj jeszcze jakiś problem z nogą!

Ale koniec końców po półtorej godzinie schodzimy do Refuge Asinau (1530m) położonego na otwartym stoku. Nagle widzimy odfruwające dwa namioty! Dwa kolejne są całe podarte od wiatru. Pani zarządczyni uracza nas gorącą wodą ale widać, że jest bardzo zdenerwowana. Nie wie czy ma łapać namioty czy obsługiwać turystów. Refuge jest w przebudowie i jako jadłodajnia rozpięte są tutaj dwa ogromne namioty wojskowe. Każdy waży pewnie z 50 kilogramów, więc nie powinny odlecieć, ale mimo to wiatr wyżywa się na nich z potężną siłą. W jednym z nich śpi pies, nie robiąc sobie nic, z tego co się wokół dzieje. Jakiś czas po nas schodzi grupka chłopaczków i decydują się na nocleg w namiocie. Życzmy im powodzenia. Wieczorem dowiadujemy się, że wszyscy zostali odesłani do kolejnego schroniska, bo w Asinau było zbyt niebezpiecznie. Po posiłku zbieramy się w dalszą drogę.

Początkowo idziemy tak szybko, jak tylko jest to możliwe, aby tylko zejść z otwartej przestrzeni. Wiatr targa mną na prawo i lewo. Kucam za każdym razem, jak czuję nadchodzący podmuch wiatru. Jest to jedyny sposób, aby znów nie wylądować w kujących krzakach. Noga boli mnie coraz bardzie i naprawdę zaczyna mnie to martwić! Tym bardziej, że mocno nas spowalniam. Wchodzimy do lasu. Wiatr jest tutaj mniej odczuwalny, ale drzewa strasznie się wyginają. Znów jestem pewna, że zginiemy, tym razem przygnieceni przez powalony las. Marcin śmieje się ze mnie, że nigdy nie mieszkałam w górach. Takie odgłosy są normalne! Dla mnie to jest strasznie! Druga część przejścia nie jest trudna. Jest o wiele więcej zejść niż podejść, ale ze względu na moją nogę naprawdę wolę wchodzić niż schodzić. Prawie cała trasa wiedzie lasem poprzecinany wieloma większymi lub mniejszymi strumieniami. Co jakiś czas na trasie znajdują się potężne bloki skalne, obok których musimy się przeciskać lub podobne do siebie skalne punkty widokowe, które utrudniają oszacowanie naszego położenie. Idziemy powoli jak ślimaki. Sporo osób nas wyprzedza ale i tak spotkamy się w schronisku. Marcin ma dość naszego tempa i zabiera mój plecak, aby odciążyć moją nogę. Na sam koniec trasa zaczyna się mocno wypiętrzać. Zapada zmierzch a do pokonania pojawia się coraz więcej scramblingu. Bardzo boję się o Marcina, który nadal niesie dwa plecaki ale dzięki temu zaczynamy iść szybciej.

Po 6 godzinach dochodzimy do przełęczy Bavella (1218m). Przełęcz jest ogromna i całkiem płaska. W je centralnym punkcie stoi obelisk z figurą Madonny i krzyż oraz dojeżdżają tutaj taksówki! I właśnie o tym myślę dzisiaj przez większość dnia. Skoro przeszłam całe 9 dni i prawie już doszłam do końca, to czy naprawdę muszę iść ten ostatni dzień?? Nie, nie muszę! Nic sobie nie muszę udowadniać, a tym bardziej innym! I tak ględzę Marcinowi od czasu do czasu, a on słucha i nie komentuje bo wie, że i tak przejdę ten ostatni dzień. W przełęczy znajduje się wioska usiana hotelami i restauracjami. Niestety nie wolno tutaj rozbijać namiotów, więc nie mamy wielkiego wyboru. Dostajemy łóżka w pokoju wraz z dwójką francuzów, ojcem i córką, którzy dzień wcześniej zaczęli GR z południa na północ. Życzymy im wszystkiego najlepszego i sto razy przepraszamy za śmierdzące buty! Pokoik jest mały, a smród obezwładniający… Bierzemy gorący prysznic! Kolację jemy wraz z wszystkimi z trasy. Siedzimy obok czterech chłopaków z dnia 5. Dostajemy starter tak wielki, że większość z nas myli go z daniem główny. Najadamy się jak dziki! W międzyczasie oceniamy schroniska. Nie zawsze spaliśmy w tych samych więc fajnie jest wymienić się doświadczeniami.

Rozmawiamy z Holendrem, z francuskim małżeństwem, z rodzinką z pokoju i jakoś po tych rozmowach dziwnie mi się robi. Tak to ma się skończyć? Poddać się prawie na finiszu? Po tym wszystkim co przeszliśmy?? Idziemy spać i umieramy, bo francuski ojciec chrapie tak głośno jak nikt dotychczas.

Dzień 10.

Środa, 13 września 2017

21 kilometrów, 8 godzin, 700m przewyższeń, 1700m zejść 

To nie była łatwa noc! To chyba było najgłośniejsze chrapanie jakie w życiu słyszałam, a wiele słyszałam! Większość towarzystwa zebrała się o o 6 rano. My śpimy cywilizowanie do 7. Jemy śniadanie, pakujemy się i wyjazd w góry. Mimo, że to ostatni dzień, to jednak wcale nie zapowiada się łatwo 21 kilometrów i 1000 metrów zejścia z kilkoma podejściami po drodze. I dodatkowo boląca noga. Dziś ja niosę swój plecak. Chociaż miałabym się czołgać całą drogę to dam radę! Oglądamy widok z hotelu. Morze jest na wyciągnięcie ręki! Dosłownie skok i będziemy na plaży! Pogoda zdecydowanie się poprawia i na powrót mamy upał. Idziemy głównie lasem. Ścieżka biegnie głównie w dół ale zdarzają się też podejścia. Od czasu do czasu a naszej trasie pojawiają się potężne głazy, które musimy obejść.

Po 2,5 godzinie dochodzimy do Refuge Paliri (1055m), z którego rozciąga się przepiękny pejzaż na lasy i góry. Przez całą drogę mijamy się z francuskim małżeństwem. Trasa usiana jest potężnymi głazami, po których schodzimy w dół. Zabija to moją nogę ale wizja upragnionej wolności dodaje mi skrzydeł. Pojawia się coraz więcej drzew. Wchodzimy i wychodzimy z dwóch dolin co wiąże się z pokonaniem stromych zejść i podejść. Tego akurat nie spodziewaliśmy się dzisiejszego dnia. Co rusz pojawia się przed nami morze, za każdym razem bliżej i bliżej. Zatrzymujemy się nad strumieniem przy niewielkim jeziorku i brodzimy w wodzie. Lodowata woda jest zbawieniem dla naszych zbolałych nóg. Obchodzimy kolejną dolinę wokół. Mamy wrażenie, że dzisiejszy dzień nigdy się nie skończy. Od jakiegoś czasu krajobraz wyraźnie się zmienia. Czasem czujemy się jak na dzikim zachodzie. Oglądamy wielkie, piaskowcowe skały, totalnie wyschnięte w palącym słońcu.

Gdzieś w głębi serca wiemy, że to już koniec naszej niesamowitej przygody. I chyba nawet jest nam smutno… w czasie tych rozmyślań widzę, jak Marcin wchodzi w skalną bramę i znika w innej czasoprzestrzeni. Jedyne czego brakuje to delikatnego falowania powietrza i byłoby dosłownie jak w filmach s-f. Zaraz sama przekraczam tę samą kamienną bramę i rzeczywiście dostajemy się do zupełnie innego wymiaru. Roślinność jest dużo bogatsza i bardziej soczysta, w dolinie leży leniwe miasteczko -Conca ze strzelista wieżą kościoła! Zostawiamy za sobą potężne góry Korsyki! Schodzimy w dół. Zegar na wieży wybija dwa kwadranse i stajemy na asfaltowej drodze przy przystanku autobusowym.

Cywilizacja! Płacz i śmiech! Koniec! Doszliśmy w 10 dni! Za 20 minut dochodzimy do campingu gdzie witają nas brawa tych co już skończyli. Zimne piwo, gorący prysznic i wspólna kolacja. Na koniec zadaliśmy sobie pytanie: było to marzenie czy koszmar? Zdecydowanie marzenie! Pomimo wszelkich niedogodności!

 

Fakt, dopiero po około tygodniu byliśmy w stanie powiedzieć że była to jedna z najbardziej niesamowitych przygód naszego życia, wyjątkowe doświadczenie, którego nie chcemy powtarzać. No chyba, że ktoś nas namówi.