Jedyne co mogę powiedzieć to to, że był to koszmar. Oczywiście czułam, że nie powinnam biec tego biegu, czułam się osłabiona, moja kondycja z jakiegoś powodu była koszmarna zła i odczuwałam irracjonalny strach przed śmiercią. Ale słowo się rzekło, kobyłka u płotu i nie było wyjścia. Bieg odbywał się w dniu św. Walentego w mieście Szekspira, Stratford-upon-Avon.  

Miasteczko samo w sobie jest bardzo warte odwiedzenia przede wszystkim dlatego, że właśnie tam urodził się i zmarł William Szekspir. W najstarszej części miasta znajdują się domy związanie z jego życiem i twórczością. Będąc tutaj trzeba przespacerować się wzdłuż brzegów rzeki Avon oraz jej kanałów, po których pływają przepiękne barki mieszkalne . Ale my nie przyjechaliśmy tam dla przyjemności tylko dla wyrypy. 

Bieg jest organizowany corocznie przez klub sportowy Broadmeadow Runs, którego motto brzmi: less formal way to run a marathon (mniej formalny sposób na przebiegnięcie maratonu). Hmmm, Okazało się, że ten maraton był wyjątkowo nieformalny.

Podczas tego biegu nie było jednej godziny startu, grupki osób startowały co 15 minut wtedy, kiedy to właśnie im pasowało. Wszyscy biegacze byli zaczipowani więc czas i tak był mierzony. Zaraz po naszym starcie starcie przebiegliśmy przez bulwar w centrum miasta i przez pierwszych 6 kilometrów biegliśmy dreptakiem wzdłuż rzeki, która co rusz poprzecinana była zaporami do regulacji poziomu wody. Następnie trasa odbiła w łąki i pola i tutaj zaczęła się prawdziwa „przygoda”. Ze względu na to, że przez cały miesiąc padał deszcz pola zamieniły się w podmokłe bajora, więc bieg w takich warunkach był totalnie niemożliwy. Podeszwy butów, mimo że z funkcją samooczyszczania, nie dawały rady i kroczyliśmy jak na koturnach, które ważyły chyba tonę.

Po tej przyjemności wbiegliśmy do lasu, gdzie czekała na nas kolejna niespodzianka – intensywnie błotniste ścieżki. Ze względu na to, że trasa biegła dnem wąwozu nie było możliwości obiegnięcie, przeskoczenia czy ominięcia i tak grzęźliśmy w tym błocie prawie po kolana. Przy każdym kroku słyszeliśmy głośmy, soczysty mlask i tylko modliliśmy się, aby wciąż mieć buty na nogach. Wizja poszukiwania zaginionych butów w zimnym, mokrym błocie nie przemawiała do nas w ogóle. Oczywiście poza mlaskaniem błota co rusz słychać było wyrazy niezadowolenia innych biegaczy, którzy w dość dosadny sposób komentowali ten odcinek trasy. I właśnie w ten sposób wyglądała trasa aż do 18go kilometra, gdzie następował nawrót i … powtórka z rozrywki. Jedynie odcinek w lesie został poprowadzony bardziej przyjazną ścieżką (dzięki o Panie!).

Na zakończenie, aby było śmieszniej, linię mety przekraczało się dwukrotnie (kolejna cecha biegów nieformalnych) po raz pierwszy między 36 i 37 kilometrem (wtedy też można było wstąpić na ciepły napitek!!), po czym należało bieg kontynuować do najbliższego mostu i z powrotem do mety.

Jak widać z opisu, lekki koszmar. No i oczywiście do tego pogoda nas nie rozpieszczała, było dość zimno i od czasu do czasu siąpił deszcz.

I tak oto nasz pierwszy maraton ukończyliśmy z niechlubnym czasem 6godz i 15min. Nie było łatwo z wielu powodów, ale udało się.

Suma podbiegów to 500 metrów.