Tak bardzo chciało się nam słońca, upału i witaminy D, że postanowiliśmy coś z tym zrobić praktycznie z dnia na dzień. I w ten sposób polecieliśmy do Malagi na bardzo południowe południe Hiszpanii aby wygrzać tyłki, pojeść owoców morza i porządnie odpocząć. Ale ze względu na to, że wymazaliśmy z naszego słownika słowo „nuda” to mamy za swoje bo już od samego początku wyjazd był absolutnie zwariowany. Lądowaliśmy o 1:30 w nocy i chyba pod wpływem złych mocy, doszliśmy do wniosku, że nie będziemy bukować noclegu na tę noc, bo po prostu się nie opłaca, dzięki czemu zaoszczędzimy pieniądze i zobaczymy Malagę nocą. Ja wspaniałomyślnie dodałam, że skoro w Oxfordzie wschód słońca jest o 4 rano, to tam na pewno też, więc możemy iść na plażę i obejrzeć, jak słońca wyłania się z morza (bo oczywiście słońca ZAWSZE wyłania się z morza!). Będzie srisze-romantisze i takie tam. Cóż, miało być pięknie a wyszło jak zawsze…

Po gonitwie przedwyjazdowej znaleźliśmy się w środku nocy w Maladze bez mapy i bliżej sprecyzowanego planu. Hej-ho! Będzie super! Wszelkie środki transportu dawno już odjechały, więc wysiedliśmy z taksówki pod dworcem pociągowym. Zastały nas prawie że puste ulice z gdzieniegdzie przemykającymi ktosiami. W prawie już zamkniętej pizzerii zamówiliśmy prawdziwą, hiszpańską pizzę na wynos. Całkiem nieźle smakowała szczególnie, że jedliśmy ją siedząc na brzegu nieczynnej fontanny z oczami ktosia wgapiającego się w nasze wielkie plecaki (był to nasz bagaż podręczny – oszczędzanie ważna sprawa!). Nie wiem co on sobie myślał, może wyobrażał sobie sztabki złota ukryte pomiędzy kilkoma parami majtek.

A czas mijał. Około godziny 4 zdecydowaliśmy się pójść na plażę i zaczekać na wyżej wspomniany wschód słońca. W międzyczasie przysiedliśmy na ławce w porcie, gdzie cumowały piękne (i na pewno oszałamiająco drogie) łodzie i motorówki. Obejrzeliśmy najdziwniejszy sześcian z kolorowego szkła, w którym znajduje się Centrum Kulturalne Pompidou George’a Pompidou.

Najbliżej centrum znajduje się plaża Malagueta, na której uwiliśmy sobie przyjemne siedzisko z plecaków skąd fantastycznie było słuchać szumu fal w ciemności! Z niecierpliwością czekaliśmy na pierwsze promienie słońca. I czekaliśmy, przysypialiśmy, rozmawialiśmy, i znów czekaliśmy. A czas mijał… Od 5:30 na bulwarze wzdłuż plaży pojawili się pierwsi biegacze (powtarzam, o 5:30!). A wschodu słońca jak nie było, tak nie było. Oczywiście morze ciągle pięknie szumiało ale opórcz tego nic się nie działo. Dodatkowo zaczęła zawiewać chłodna bryza, która odbierała wszelką przyjemność oczekiwania. Żałowaliśmy, że nie zabraliśmy śpiworów. W końcu około godziny 7 niebo zmieniło kolor na bardziej dzienny. I wtedy, brawo Jasiu, doszło do nas, że Malaga jest zewsząd otoczona górami i słońca nie wzejdzie z morza tylko wyjdzie zza gór Bóg wie o której godzinie! Oh, jak wielkie było moje rozczarowanie!

Przygoda przygodą, a jeść trzeba. Zmizerowani i wyziębieni podreptaliśmy na śniadanie. Przeszliśmy Palmeras de las Sorpresas, pasażem wzdłuż doku, gdzie znajdują się muzea, rosną szeregi palm i często eksponowane są wystawy czasowe. Podczas naszego pobytu znajdowały się tam futurystyczne rzeźby przedstawiające rodziny, pary, pojedyncze osoby lub zwierzęta.

W maleńkiej kafejce zjedliśmy churros, czyli typowe hiszpańskie śniadanie z kawą i sokiem pomarańczowym i to wszystko za śmieszne 4€ na osobę.

Nie daliśmy się narastającemu zmęczeniu i wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. W kiosku miły pan sprzedał nam mapę i nawet pokazał, w którym kierunku iść aby dojść do centrum!

Katedra była jedną z pierwszych atrakcji do odhaczenia na naszej liście. Według informacji na stronie internetowej zwiedzanie zaczynało się od godziny 10, ale kolejny miły pan pozwolił nam wejść już o 9 i to za darmo! Katedra zwana jest mańkutką (la manquita) ze względu na to, że jedna z wież jest nieukończona, przez co wygląda jakby była pozbawiona jednej ręki. Katedra budowano przez ponad 200 lat (1528-1782) i postawiono ją na miejscu lub w bardzo bliskiej odległości od meczetu, który znajdował się tutaj w czasach, gdy Hiszpania znajdowała się pod wpływami arabskimi. Po przekroczeniu progu katedry otoczyła nas głęboka cisza. Mieliśmy uczucie, że weszliśmy do innego wymiaru! Wszelkie odgłosy świata zewnętrznego zostały za nami. Każdy krok czy szept wydawały się być za głośne. Byliśmy oszołomieni potęgą, pięknem i majestatem tego miejsca. Wnętrze katedry jest ogromne (wysokość: 42m!) i jest podzielone na nawę główną i dwie boczne, które oddzielone są rzędami gigantycznych kolumn. Każda nawa skrywała piękne ołtarze, obrazy i rzeźby. Ołtarz główny pochodzi z 1541 roku.

Następnie obejrzeliśmy rzymski amfiteatr, który jest jedyną starożytną ruiną w całej Andaluzji. Teatr był wybudowany w I w pne. i został odrestaurowany dość niedawno, bo w 1951 roku i dziś jest najstarszą atrakcją Malagi. Zwiedzanie jest darmowe i nawet wolno usiąść na kamiennych schodach i przez chwilę poczuć się jak widz oglądający przedstawienie. Niestety teatr znajduje się w samym centrum turystycznej części miasta, więc chwila ciszy jest na wagę złota.

Potem nadeszła upragniona chwila na odebranie kluczy do naszego apartamentu, który wynajęliśmy przez stronę internetową www.homeaway.com. Oczywiście byliśmy już totalnie wypruci z energii i jedyne o czym marzyliśmy to prysznic i łóżko. Może widoki z okna nie zachwycały, ale mieliśmy tylko 10 minut spacerem do centrum więc bardzo ok!

Po 3 godzinach snu wyruszyliśmy na wieczorny podbój miasta. Eloy, kolega z pracy, zarekomendował nam dwa miejsca, gdzie warto zjeść i poczuć hiszpańskie klimaty. Pierwsze to El Pimpi, tapas-bar, który jest ikoną Malagi i znajduje się w samym centrum miasta zaraz przy amfiteatrze. Zjedliśmy tutaj najpyszniejsze grillowane macki ośmiornicy zapite Tinto de Verano – typowy, lokalny napój podobny do Sangrii, czerwone wino wymieszane z gaseosa (oranżadą?) – niebo w ustach!

Po nacieszeniu podniebienia wyruszyliśmy na poszukiwania drugiego polecanego przez Eloy’a miejsca – restauracje w Las Acacias. Z centrum Malagi wzdłuż plaży biegnie długa na 6 kilometrów promenada, która prowadzi aż do portu El Candado. Ktokolwiek wpadł na ten pomysł powinien według nas dostać nagrodę nobla! Po pierwsze jest idealna na długie spacery, a po drugie jest perfekcyjnie dostosowana na uprawiania wszelakich sportów! Do tego w regularnych odstępach rozlokowane są zewnętrzne siłownie, które każdego dnia cieszyły się sporym zainteresowaniem. Po dotarciu do Las Acacias, odkryliśmy mnóstwo restauracji, które znajdowały się przy plaży i jednocześnie przy promenadzie i serwowały głównie lokalne, morskie potrawy. Co ciekawe większość z nich miała własnego rybaka/wilka morskiego, który na ognisku w małej łodzi smażył sardynki, kalmary i inne ciekawostki. Usmażone sardynki, poprószone gruboziarnistą solą, były podawane prosto z patyka z chlebem i oliwą. Takie proste a nieziemsko smaczne!

A potem z placami umazanymi resztkami ryb zobaczyliśmy najpiękniejszy zachód słońca, jaki do tej pory widzieliśmy nad morzem. Słońce chowało się za szczytami gór co spowodowało, że granica pomiędzy morzem i niebem zatarła się, a całość przybrała barwę fioletowo-różową. Był to naprawdę mistyczny moment! Do tego wszystkiego, ku uciesze gawiedzi, w morzu wypatrzyliśmy grupę delfinów! I to zdecydowanie była wisienka na torcie dzisiejszego dnia!

Wróciliśmy kolejne 6 km z powrotem do centrum i w ten oto cudowny sposób minęło nam intensywnie 40 godzin naszego życia.

W sobotę niebo było mocno zasnute chmurami co powodowało, że powietrze stało się lepkie i ciężkie. Z tego względu ten dzień również przeznaczyliśmy na zwiedzanie. W planie na dziś mieliśmy wejście na dwa wzgórza, które znajduję się w centrum miasta. Niestety ich szczyty nie są ze sobą połączone i należy wspiąć się na każde z nich osobno (dla nas nie był to żaden problem ale widzieliśmy innych turystów, którzy naprawdę walczyli).

Na szczycie pierwszego ze wzgórz znajduje się Alcazaba – arabska fortyfikacja, którą wybudowano na początku XI wieku, kiedy to półwysep iberyjski był pod wpływami muzułmańskimi. Od samego dołu prowadził szeroki chodnik pełen zakrętów i bram. Pozostałości fortecy wciąż noszą ślady pięknych zdobień wprost z północnej Afryki. Gdzieniegdzie ukryte są małe oazy z niewielkimi fontannami i bujną zielenią. Na szczycie znajdowała się stała wystawa opowiadająca historię Alcazaby (niestety wszystko po hiszpańsku – nic nie zrozumieliśmy, kolejny język, którym warto się zainteresować) oraz dwa przepiękne patia z prostokątnymi basenami, z których wąskim korytem środkiem chodnika spływała woda aż na sam dół wzgórza. Widoki ze szczytu były ciekawe ale niepowalające. Lekki niedosyt pozostał.

Po zejściu ze wzgórza od razu podreptaliśmy na kolejne, gdzie na 130 m npm wybudowano arabski zamek Gibralfaro. I to był strzał w dziesiątkę! Oczywiście najpierw trzeba było poczuć podejście, ale potem naprawdę było co oglądać! Szczyt wzgórza był użytkowany przez Fenicjan już od 770 roku pne. W XIV wieku sułtan Yusuf I postawił potężny zamek nazwany skałą światła. W XV wieku po 3 miesiącach okupacji zamek został na dobre przejęty przez chrześcijan. Najlepiej zachowaną i pięknie odrestaurowaną częścią zamku są jego podwójne mury, które okalają szczyt wzgórza i dają możliwość spaceru jakby w chmurach. Mury są na tyle wysokie, że przewyższają rosnące wokół sosny i eukaliptusy, a cztery niczym nieosłonięte wieże dają możliwość podziwiania wspaniałych widoków na całą Malagę, port, okoliczne góry i cieśninę gibraltarską, a przy dobrej pogodzie można nawet wypatrzeć wybrzeże Afryki (nie było nam dane ale bujna wyobraźnia zrobiła swoje). Schodząc z Gibralfaro z idealnej perspektywy warto obejrzeć najbardziej znaną w Hiszpanii arenę do corridy, która powstała w drugiej połowie XIX wieku i może pomieścić 9 tys widzów. W ciągu roku odbywają się 4 corridy, przy czym zdobycie biletów wstępu graniczy z cudem. Ale akurat ten „sport” jest totalnie poza naszym zrozumieniem.

Po zejściu z góry numer 2 udaliśmy się na posiłek i po chwili kluczenia w ciasnych uliczkach trafiliśmy do restauracji Taberna Gibralfaro, gdzie podawane były ślimaki w pikantnym sosie, małże i paella pełna „robaków” i piwko, lokalne, zimne, wyśmienite.

Tego dnia wieczorem udaliśmy się hiszpańskim zwyczajem na późną kolację. Tour de hiszpańskie jadło-pijalnie rozpoczęliśmy o 22. O 1 w nocy czekaliśmy na stolik w El Pimpi, który pękał w szwach. Było mnóstwo morskiego jedzenie oraz wino bardzo słodkie, muskatowe, typowe. O 3 nad ranem stwierdziliśmy, że to już tyle i to nie nasze cap of ti.

Kolejny dzień powinniśmy spędzić na wspinaniu się na najwyższą górę w Costa del Sol – la Concha w Sierra Blanca, ale okazało się, że logistyka jest bardzo skomplikowana. Natomiast pogoda zapowiadała się wspaniale, więc oczywiście z ogromnym bólem serca porzuciliśmy pomysł zdobywania szczytów na rzecz leżenia plackiem na plaży. Dramat!

Tym razem pojechaliśmy autobusem do Las Acacias, gdzie znajdują się małe plaże na tyle oddalone od drogi, że można naprawdę odpocząć. Ze względu na to, że są one ostro-kamieniste przychodzi tutaj mniejsza ilość osób. Niestety ta przyjemność musi być czymś zrównoważona, więc każde wejście do wody (a potem wyjście) było drogą przez mękę. Wszyscy wyglądali dość pokracznie starając się ominąć ostre kamienie. Do tego wszystkiego fale nie ułatwiały zadania i szamotały plażowiczami na prawo i lewo. Ale poza tym woda była cudowna, przyjemnie chłodna i słona. Szkoda było wychodzić, no i te kamienie…

Praktycznie cały dzień spędziliśmy na zmianę mocząc się i opalając. A wracając z plaży okryliśmy najlepszą , kawiarnio-restaurację w mieście La Canesta, która znajduje się pomiędzy Malaguetą a portem i serwuje przepyszne desery, kawy, smoothies i lekkie lunche – nieb w gębie! Wieczorem natomiast spotkaliśmy Picasso siedzącego na ławce na Plaza de la Merced. Siedział sobie tam z książką, więc się na chwilę przysiedliśmy ale jakoś taki mało rozmowny był…

Ostatni dzień w Maladze również spędziliśmy plażowo. Niestety tym razem musieliśmy targać nasze plecaki ze sobą, gdyż apartament zdaliśmy już o 10 rano. Ale nie było to problemem, gdyż miejska plaża jest bardzo blisko centrum i dla odmiany jest piaszczysta! Ale zanim tym dotarliśmy odwiedziliśmy Muzeum Picassa, w którym znajduję się największa kolekcja jego dzieł. Nie do końca byłam przekonana czy powinniśmy tam iść, ale prawdopodobnie żałowalibyśmy gdybyśmy postąpili inaczej. Cóż, oczywiście wspaniale było zobaczyć na własne oczy obrazy znane do tej pory tylko z internetu ale majtki z wrażenie mi nie spadły i nadal nie kumam co autor miał na myśli. Oboje doszliśmy do wniosku, że Picasso poza tym, że był znanym artystą był też świetnym biznesmenem i potrafił się zareklamować i świetnie sprzedać.

Odwiedziliśmy również w porze obiadowej restauracjo-pijalnię o ekstremalnie hiszpańskim charakterze – Casa Lola – hałas, zgiełk i radosne okrzyki i pyszne jedzenie!

Podsumowując, 4dniowy pobyt w Maladze był strzałem w dziesiątkę! Ktokolwiek szuka ciekawego miejsca do odwiedzenia to szczerze polecam wyjazd właśnie do Malagii. Muzea, plaże, restauracje, zabytki, pomniki, piękne budowle, murale, wyśmienite jedzenie, alkohole, hiszpański styl życia, różnorakie sporty….