Zamykamy kolejny rok. Pod względem sportowych wyzwań był on zdecydowanie łagodniejszy niż poprzedni.

365 dni rozpoczęliśmy w niezłym rozpędzie. Po 27 kilometrach EnduranceLife w Dorset nasza forma była wciąż na wysokim poziomie, więc dla rozrywki, przebiegliśmy razem z koleżanką Yang kolejny półmaraton w Dorset – Jurassic Trail Run. Zrobiliśmy dwa okrążenia, podczas których przebiegliśmy się po plaży, wspięliśmy się na klify (a potem z nich zbiegliśmy w szalonym pędzie) oraz byliśmy niemałą atrakcją sezonu w miasteczku domków letniskowych. W połowie roku zapisaliśmy się na maraton w Lake District – Scafell Pike Maraton ale głos wewnętrzny mówił nam, że to nie jest dobry czas na tak forsowne bieganie. Poza tym moje żelazo raz wędrowało w górę, a raz w dół. Przepisaliśmy się z tym pomysłem na następny rok, więc nie będzie zmiłuj się! Po raz kolejny wzięliśmy za rogi Welsh3000 i niestety znów polegliśmy. Mimo wszystko całe przedsięwzięcie uważamy za wielki sukces bo było pięknie (i boleśnie!). Biegaliśmy trochę w okolicznym parku, jak również przebiegliśmy wraz z Blancą 15 kilometrów z Oxfordu do Abingdon wzdłuż Tamizy. Na pewno wybierzemy się tam jeszcze raz, bo tereny są fantastyczne! W końcu zaczęliśmy wykorzystywać nasze rowery i kilka razy udało się nam zrobić dłuższe wypady niż tylko do pracy. Najdłuższy z nich to 90 kilometrów z Oxfordu do White Horse Hill i z powrotem.

Pod wpływem emocji polecieliśmy na dłuższy weekend do Malagi, gdzie poza eksplorowaniem zabytków i plaż, jedliśmy dużo i smacznie. Odwiedziliśmy znajomych w Kornwalii i zwiedziliśmy tajemniczą wyspę Tintagel.

Wisienka na torcie, jeśli chodzi o sport, był długo wyczekiwany trekking na Korsyce. Przeszliśmy cały GR 20 w 10 dni!!! Doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Był to czas pełen sprzecznych emocji. Czas kiedy dni zlewały się ze sobą w jedną całość. Kiedy rzeczywistość skurczyła się do spożywania posiłków, rozkładania i składania namiotu, snu i przede wszystkim marszu, ciągłego marszu. Pokazało nam to, a szczególnie mi, że w gruncie rzeczy to nie jestem takim cieniasem jak mi się wydawało, a raczej niesamowicie silną osobą.

Przez ostatnie 3 miesiące daliśmy sobie potężną dawkę totalnego luzu. Nasze ciała w końcu mogły odetchnąć, poleniuchować i nabrać sił. Nadchodzi nowy rok, a wraz z nim nowe wyzwania, więc trzymajcie się siedzeń bo będzie się działo!!!