Rok 2015 stanął pod znakiem wyjazdów w ciepłe kraje. Najpierw Minorka a teraz Majorka. Co się z nami dzieje? Z gór wysokich, długich biegów spadliśmy na plażing i smażing. Ale widocznie tego nam było trzeba, aby znów zatęsknić za górami lub na biegowymi ścieżkami.

Na Majorkę wybraliśmy się na całe 9 dni we wrześniu z naszymi sąsiadami i okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo genialnie razem się bawiliśmy! Termin wakacji wybraliśmy z premedytacją, gdyż było już po sezonie, całe dziki tłum się przewalił, zostały tylko niedobitki, a mimo to sezon pogodowy nadal był w toku. Całe przedsięwzięcie odbywało się w systemie last minute przez co nic nie było pewne na 100% i właśnie to dodało wakacjom nutki przygody. Tak więc tym razem los rzucił nas na północno-zachodnie wybrzeże do Can Picafort do hotelu Son Bauló. Lekko podupadły budynek, który znajdował się na końcu ulicy, na samym końcu miasteczka. A potem były już tylko ciche plaże, dużo zieleni, lokalne pastwiska i gdzie nie gdzie prehistoryczne nekropolie z bardzo dawnych czasów (pewnie z toną duchów).

Nie mieliśmy skrzętnie ułożonego planu wycieczkowego, każdy z nas miał miejsce, które szczególnie chciał zobaczyć i w ten sposób z dnia na dzień plan rodził się sam. Dzięki temu poza leżeniem brzuchem na plaży (co było równie ekscytujące) udało się nam zobaczyć kilka naprawdę ciekawych miejsc. Pewnie większość z nich to główne atrakcje turystyczne tej wyspy, ale dla nas były to ohy i ahy.

Oczywiście po pierwsze półwysep Cap de Fermentor (zwany też Meeting point of the winds) jedno z najpiękniejszych widokowo miejsc na wyspie, więc koniecznie do zaliczenia. Aby miło spędzić czas na Fermentorze trzeba mieć stalowe nerwy, a po drugie dużo czasu. Stalowe nerwy ponieważ droga wiodąca do głównych atrakcji jest dość wąska i baaaardzo kręta i oczywiście, przede wszystkim, bardzo panoramiczna. Pierwszy punkt widokowy znajduje się już w połowie półwyspu i nosi nazwę Mirador es Colomer. Właśnie stąd zaczyna się ścieżka brzegiem urwiska prowadząca na sam koniec klifu (Mirador de la Nau), skąd rozpościera się fantastyczna panorama pokazana na chyba wszystkich pocztówkach dostępnych na wyspie. Tak więc mamy czyste, błękitne niebo, potężne, pionowe skały i klify, wyspę es Colomer i fale rozbijające się daleko w dole. Generalnie sielsko i anielsko. Niedaleko od Mirador es Colomer znajduje się wzgórze (375m npm) z „wieżą widokową” na szczycie. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że

droga do tego miejsca była fatalna (wąska, stara, z dziurami i nieubezpieczonymi zboczami) to jeszcze na wieżę trzeba było się samemu wdrapać po lelawej drabinie i przy okazji spróbować się nie zabić (odważny był tylko Marcin, my, no cóż, zostaliśmy na dole). Na samym końcu półwyspu, na lekkim wzniesieniu (170m npm), stoi potężna latarnia morska Fermentor, skąd oglądaliśmy fantastyczny zachód słońca.

Po drugie Coves del Drac, czyli jaskinia o długości 2,5 kilometra, w której w czasie prac archeologicznych odnaleziono ślady kultury talaiotikowej, punickiej, rzymskiej, arabskiej oraz z czasów dynastii Almoravid. Jaskinia sama w sobie składa się z czterech potężnych komór (o wysokości dochodzącej do 25m!), przez które wiedzie przyjemnie przugotowana ścieżka (może zbyt komercyjna ale dużo przyjemniej ogląda się formy skalne bez obawy o skręcenie kostki). Co ciekawe nie ma przewodnika (chyba, że na życzenie), więc w ciszy (mniej, więcej) można kontemplować to cudo natury. Jaskinia wypełniona jest tysiącami form naciekowych, stalagmity, stalaktyty i kolumny tworzą fantastyczne, czasem naprawdę potężne formy, które posiadają różne nazwy. Na dnie jaskini znajduje się wąskie jezioro, na którego dnie krystalizują się formy w kształcie kwiatów. Jaskinia jest przepięknie podświetlona, co dodatkowo potęguje jej piękno (pewnie niektórzy powiedzą, że to zbyt duża ingerencja, ale inaczej g… byśmy widzieli). Korytarz kończy się na brzegu jednego z największych podziemnych jezior na świecie, jeziorze Mortel, o długości 177m i szerokości 30m. Tuż przy jeziorze stworzono coś na kształt amfiteatru, skąd w całkowitej ciemności oglądaliśmy krótki spektakl, który odbywał się na tafli jeziora. Kilka oświetlonych wąskich łodzi bezszelestnie wyłoniło się z najodleglejszego krańca jeziora. W łodziach płynęli muzycy, którzy, grali utwory Chopina, ale można usłyszeć utwory innych znanych kompozytorów, a całość pięknie współgrała z otaczającą ciemnością. I wszystko byłoby pięknie i cudownie gdyby nie ryczące dzieci, kaszlący ludzie i pstrykające flesze (mimo wcześniejszych próśb organizatorów o nie robienie zdjęć, eh, nie wszyscy kumają). Generalnie duży plus, miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia.

Nie można zapomnieć o Palmie, stolicy wyspy, która jest pełna życia, smaków, zapachów, małych restauracyjek i tłumów turystów (nawet po sezonie). Symbolem miasta jest górująca ponad wszystkimi budynkami druga co do wielkości gotycka katedra na świecie (znana pod nazwą Le Seu). Budowę katedry rozpoczęto w 1230 roku i trwała ona przez 400 lat! Świątynię postawiono na polecenie XIV-wiecznego króla Jaumea I, wdzięcznego niebiosom za ocalenie podczas sztormu na morzu oraz za zwycięstwo nad Maurami. Niestety musimy przyznać, że miasto samo w sobie nie zrobiło na nas zbyt wielkiego wrażenia (może zbyt krótko kluczyliśmy po wąskich, brukowanych uliczkach, aby załapać klimat). Owszem, katedra, zarówno zewnątrz jak i wewnątrz, jest niesamowicie ciekawa, ale cała reszta atrakcji jakoś do nas nie przemówiła (no i ceny wstępów nie należą do najtańszych). Ponoć warte odwiedzenia są: Banys Arabs (pochodząca z X wieku łaźnia zbudowana z pozostałości rzymskich budynków, dlatego każda kolumna jest inna – już wtedy wiedzieli co to jest recycling 🙂 ), Pałac Królewski (który służył możnowładcom przez ponad tysiąc lat, teraz znajdują się w nim muzeum, siedziba dowództwa wojsko oraz rezydencja Juana Carlosa I – króla Hiszpanii, który przynajmniej raz w roku odwiedza Majorkę) oraz Muzeum Majorki (znajdujące się w budynku pochodzącym z XVII wieku. Wystawione kolekcje przedstawiają historię wyspy od najdawniejszych czasów aż do czasów obecnych).

Na obrzeżach miasta w stronę Cala Major na szczycie wzgórza (141m npm) stoi doskonale zachowany zamek Bellver okrzyknięty najładniejszym i najciekawszym gotyckim zamkiem w całej Europie. Zamek wzniesiono w XIV wieku na rozkaz ówczesnego króla Majorki. Początkowo służył on jako fort królewski, późniejbył letniąrezydencją królewską, a na koniec – królewskim więzieniem. Budowla ma kształt koła, co zadecydowało o jej oryginalności. Całość otoczona jest fosą. Z grubego muru wyrastają trzy półokrągłe wieże, a czwarta, znacznie większa stoi w odległości siedmiu metrów od głównego korpusu zamku. Ze szczytu wieży roztacza się niesamowita panorama Palmy, portu i okolic.

Polenca to miasto położone w północnej części wyspy. Zostało założone przez Rzymian pod nazwą „Pollentia”. Największą atrakcją tego miejsca jest wspinaczka po 365 stopniach wiodących z centrum miasta na szczyt wzgórza, gdzie znajduje się mały kościółek. Wspinaczka może się wydawać niezłym wyzwaniem, ale dla wytrwałych czeka nagroda w postaci pięknej panoramy miasta wraz z otaczającymi wzgórzami. Oczywiście warto wstąpić do miniaturowych sklepików, które usytuowane są przy schodach.

Do plaży Cala Tuent prowadzi koszmarnie kręta droga (zakręt o dobre 350 stopni robi wrażenie!). Po wszelkich trudach podróży dotarliśmy na bardzo cichą plażę otoczoną gajem oliwkowym z jednym małym domkiem zamieszkałym przez okolicznego samotnika. Było to idealne miejsce na odpoczynek od turystów, samochodów i codziennego szumu. Ponad drzewami wznoszą się strzeliste ściany okolicznych gór, a morze ma kolor turkusowy. Niedaleko plaży znajduje się przyjemna restauracja, która serwuje przepyszną okoliczną kuchnię, oczywiście na tarasie z widokiem na morze. Odpoczywaliśmy, jedliśmy… długo nam to zajęło bo byliśmy w niebie.

Niedaleko naszego miejsca wypadowego znajdowało się miasto Alcudia więc dlaczego nie odwiedzić, skoro blisko. Historia miasta jest niesamowicie ciekawa gdyż początkowo była to kolonia fenicka, następnie przejęta zastała przez Greków a za panowania Rzymian było stolicą wyspy i słynęło z produkcji wysokiej jakości tkanin używanych do produkcji tog. W XVI w. miasto były wielokrotnie grabione przez piratów, co zaowocowało wybudowaniem portu w XVIII w., który dawał skuteczną ochronę. Dzisiejszy układ ulic pochodzi z końca XIIIw. Centrum miasteczka opasają grube częściowo średniowieczne, częściowo zrekonstruowane mury, które dziś są jedną z głównych atrakcji miasta. Warto wybrać się na przechadzkę flankami i odwiedzić wszystkie z 26 wież okalających miasto. Stare miasto stanowi plątanina wąskich brukowanych uliczek i zabytkowych kamienic z czasów rzymskich. Głównym placem jest niewielki Plaça Constitució otoczony kawiarniami i restauracjami. W Alcudii znajduje się również amfiteatr, który w czasach swojej świetności mieścił do 2 tysięcy widzów, dziś odbywają się w nim wydarzenia muzyczne i teatralne. No i oczywiście plaża, która ciągnie się nieprzerwanie przez 14 kilometrów!

Magaluf (po prostu się nie dało). Na własnej skórze chcieliśmy przekonać się, czy jest tam dokładnie tak, jak wszyscy mówią (czyli dżungla). Niestety ze względu na to, że było już po sezonie zobaczyliśmy tylko małą namiastkę, za to ceny były tam iście z kosmosu!

Plaż odwiedziliśmy co niemiara więc nie wymieniam bo każdy na pewno znajdzie coś dla siebie 🙂

Jedzenie to dopiero była bajka! Wszystko co pochodziło z morza zostało posmakowane. Napojki alkoholowe również, łącznie z likierem bananowym (!) i nieodłącznym na Majorce Tunelem – likierem z ogromną ilością anyżku – pychota!

Oczywiście biegania nie dało się odpuścić i podczas naszego pobytu udało się nam pobiegać aż 3 razy co zaliczam do sukcesu bo skoro wakacje to wakacje. Dwa razy biegliśmy z jednej strony miasteczka na drugą czyli prawie 5 km w całości i raz pobiegłam sama w drugą stronę, plażą, gdzie zrobiłam zdjęcie, które zachwyca mnie do dziś. I przy okazji odkryłam prehistoryczne ruiny nekropolii de Son Real położonej nad brzegiem morza.

Korzystaliśmy z przewodnika Top 10 Mallorca wydawnictwa DK Eyewitness Travel.