Po tym jak odkułam się z moim żelazem i byłam pewna, że powrót do biegania nie będzie kolejną drogą przez mękę postanowiliśmy zapisać się na 10 km dla sprawdzenia się (a głównie sprawdzenia mnie). Winchcombe to malownicza miejscowość położona na obrzeżach Cotswold, która jest znana dzięki temu, że 6 długodystansowych tras właśnie tam się krzyżuje. W niedalekiej odległości na szczycie jednego ze wzgórz znajduje się niewielki nasyp „Belas Knap” z epoki neolitu wykorzystywany w tamtym okresie do chowania zmarłych. I właśnie to wzgórze było celem naszego biegu.

Na bieg wybrali się z nami Agnieszka i Marcel, którzy nabili nas w butelkę 🙂

Bieg rozpoczął się o godzinie 10:30 i na początku polegał na przebieżce wokół boiska dla rozgrzewki. Tym razem udało się nam zapanować nad emocjami i spokojnie truchtaliśmy na końcu ogonka. Na około 2 km rozpoczęło się mozolne wspinanie w górę. Do pokonania było 200 metrów na odcinku 3 kilometrów. I właśnie tutaj udowodniliśmy sobie, że efektywne wchodzenie pod górę spala mniej energii niż wykańczające wbieganie. Na szczycie okrążyliśmy miejsce pochówku sprzed tysięcy lat i pognaliśmy 200 metrów w dół. I wszystko szło świetnie. Marcin poddał się prawu grawitacji i gnał na złamanie karku. Ja gnałam z rozwianym włosem za nim do czasu aż moje organy wewnętrzne mają dość podskakiwania i obijania się o siebie i zarządził strajk. I dostałam kolki wszech czasów! To była lekcja do odrobienia w przyszłości: nauczyć się efektywnie zbiegać.

Na metę wpadliśmy z czasem 1godz 25min. Może nie zbyt powalający czas ale udało się, nie miałam zadyszki, irracjonalnego strachu przed śmiercią, tylko radość z biegania (oczywiście do czasu dostania kolki).

Na macie o dziwo nie otrzymaliśmy medali a torby wypełnione smakołykami produkowanymi przez lokalnych przedsiębiorców: organiczne kiełbaski, słodycze, soki! Super pomysł!

Łączna suma podbiegów: 200 m

Po wszystkim udaliśmy się całą grupą do Gloucester aby pochodzić, pozwiedzać, wspólnie spędzić czas. Było naprawdę bardzo miło.